18/09/2020

Zimowla Dominiki Słowik

Coroczny rytuał nagradzania nowo wydanych książek jest okazją na odkrycie mało znanych pisarzy, nadzieją na zapoznanie się z potencjalnie dobrze napisanymi książkami, rodzajem sugestii lektur obowiązkowych dla wszystkich zainteresowanych literaturą najnowszą. Przyznawane przez znawców słowa pisanego, wyróżnienia te powinny stanowić przecież swoistą gwarancję jakości danego utworu, podpowiedź w wyborze kolejnych lektur, wskazówkę, czego wśród ogromu publikowanych rok w rok woluminów przeoczyć nie należy. Ta prosta, towarzysząca mi od lat, zasada zachęciła mnie do sięgnięcia po powieść Zimowla Dominiki Słowik, uhonorowaną tegorocznym Paszportem Polityki.

Osadzona w konwencji thrillera, Zimowla przedstawia serię nietypowych zdarzeń na pograniczu jawy i snu, które całkowicie zawładnęły życiem prowincjonalnej Cukrówki: nieokiełzane nocne przechadzki nagiej somnambuliczki, niewyjaśnione zabójstwo dziennikarza-badacza zjawisk paranormalnych, liczne wybryki ekscentrycznego pszczelarza zdolnego wpłynąć na zachowanie swoich pszczół. Całość relacjonowana przez młodą mieszkankę miasteczka, której barwna rodzina już sama w sobie stanowi niezły materiał do opowiadania: ojciec-wróż owładnięty pasją gromadzenia dowodów nieuchronnie zbliżającej się apokalipsy, charyzmatyczna babka komunistka wbrew wszelkim oczekiwaniom zafascynowana kulturą Ameryki, z pozoru normalna acz tajemnicza matka. Liczne osobliwe dygresje o przeszłych i teraźniejszych losach małomiasteczkowej wspólnoty wzbogacają jeszcze bardziej karty tej obfitującej w przeróżne wydarzenia powieści. 

Należy zauważyć, że Dominika Słowik potrafi pisać, co udowadnia przede wszystkim na pierwszych pięćdziesięciu mistrzowsko skomponowanych stronach książki. I choć dalsza część powieści zdaję się technicznie słabsza, wyraźnie mniej dopracowana i rozczarowująca, to z pewnością nie można autorce odmówić talentu. Zdolność ta przejawia się choćby w opisach postaci, czego najlepszym przykładem niech będzie fragment przedstawiający wspomnianego już wcześniej pszczelarza – pana Makowskiego (str. 21) – czy dowcipna prezentacja niespodziewanie obnażonego z sutanny księdza Wilka (str. 219). Pisarce nie brakuje też wyobraźni, co pokazuje w niezliczonych perypetiach różnych postaci. Zimowla naznaczona jest ponadto ambicją twórczą pisarki. Przejawia się to w ilości stron, wątków i stylistyk (realizm magiczny połączony z estetyką thrillera a nawet Bildungsromanu) oraz wyraźnym zamiarze sportretowania polskiej prowincji początku dwudziestego pierwszego wieku rozdartej między zabobonną religijnością a kapitalistyczną pogonią za pieniądzem. Można spodziewać się więc, że spod pióra Dominiki Słowik wyjdzie jeszcze kiedyś dzieło godne zapamiętania. 

            Nie sposób jednak przemilczeć kilku technicznych niedociągnięć, znacznie umniejszających wartości książki. I tak Słowik wybrała narrację pierwszoosobową, zapominając, że to rozwiązanie wyklucza relację szeregu przeszłych zdarzeń, których nastoletnia narratorka nijak nie mogła być świadkiem, a tym bardziej przywołać precyzyjne szczegóły danej sceny. Czytelnika zastanawia na przykład, jakim sposobem zna ona dokładne detale podróży inżyniera Kolskiego do Cukrówki w 1976 roku (str. 439). Ta nieścisłość dotyczy też zdarzeń równoległych głównemu przebiegowi akcji: narratorka szczegółowo opowiada wizytę Dygnarówny u psychiatry, jakby sama obecna była w gabinecie lekarza.  Obrana przez autorkę koncepcja narracyjna wiążę się z tym, że główna bohaterka musi niemalże zawsze być świadkiem ważnych dla intrygi wydarzeń. Dochodzi zatem do absurdalnych, mało wiarygodnych sytuacji jak na przykład, kiedy z niewiadomych do końca przyczyn asystuje ona przy egzorcyzmach nad lunatyczką Magdą (str. 135), albo gdy przypadkiem podsłuchuje ona dochodzącą zza muru telefoniczną rozmowę wymieniającego tajne informacje przestępcy (str. 209-210). W połowie tej ponad sześćset stronnicowej powieści czujemy się przez to zmęczeni technicznymi błędami i niejako zniechęceni do dalszego brnięcia w lekturę. 

            Znużeni jesteśmy poza tym nadmiernym powielaniem tych samych schematów. Słowik ma wyraźny zamiar poddania swojego czytelnika w stan zadziwienia. Stara się ona osiągnąć ten efekt przez mocne frazy wprowadzające kolejne części powieści. Przywołajmy choćby pierwsze zdanie trzydziestego piątego rozdziału: „Babka Sarecka rozwiodła się z mężem przez mleczne zęby mojej matki”. To zadziwiające, nietypowe i pełne humoru stwierdzenie ma z pewnością zaciekawić odbiorów, zachęcić ich do dalszego czytania, póki uderzające twierdzenie nie zostanie wyjaśnione.[1] I rzeczywiście powieściopisarka osiąga zamierzony cel, kiedy ucieka się do tego chwytu po raz pierwszy, ale z czasem jesteśmy znudzeni tym ciągłym przerysowaniem narracyjnym.

            Zniechęcenie to spowodowane zdaje się być nie tylko felerną konstrukcją i przesadnym uciekaniem się do utartych konceptów, ale także nadmierną zawiłością intrygi. Mamy wrażenie, że autorka za wszelką cenę próbuje przykuć uwagę czytelnika mnożąc coraz to nowe wątki, co skutkuje w irytującej rozwlekłości fabuły. W miarę czytania zaczynamy zastanawiać się, co też jeszcze pisarka wymyśli, żeby zapełnić kolejne strony swojej książki, a nawet nie możemy odpędzić się od myśli, że mamy do czynienia z amatorskim, przypadkowym, mało starannym pisaniem, które niejako wymknęło się spod kontroli i nie prowadzi do sensownego końca. W efekcie chciałoby się jej doradzić pisarce: czasami mniej znaczy więcej.

            Nie należy jednak w żadnym razie Dominiki Słowik przekreślać. Nie brakuje jej przecież ani talentu, ani wyobraźni twórczej. Potraktujmy Zimowlę jako pisarską rozgrzewkę, próbny skok o tyczce, zapowiadający pomyślne wzbicie się ponad imponującej wysokości poprzeczkę! 


[1] Podobny zabieg możemy zresztą zaobserwować między innymi w rozdziale 27, 41 i 58 i we wprowadzeniu.