03/12/2017

Moja recenzja „Króla” Szczepana Twardocha

Szczepan Twardoch (ur. 1979) to jeden z najpoczytniejszych i najbardziej docenianych polskich powieściopisarzy młodego pokolenia. Poza wieloma stylistyczno-tematycznymi zaletami, jego proza zasługuje na naszą uwagę ze względu na potrzebę zwalczania szeroko rozpowszechnionego stereotypu Polski jako kraju jednoreligijny, zamieszkałego przez ludzi o tym samym pochodzeniu etnicznokulturowym. Twardoch, który w wielu wywiadach określa się jako Ślązak, podkreśla różnorodność Polaków, dalekich od bycia homogenicznym narodem prawicowych katolików, dzielących to samo pochodzenie i system aksjomatyczny. Kwestia ta stanowi serce ostatnich trzech Twardochowych powieści (“Morfina”, “Drach” i “Król”), serce, które pompuje życie do każdej komórki świata przedstawionego i formuje egzystencję głównych bohaterów, często borykających się z własną tożsamością narodową.

Usytuowana w pierwszych dniach II wojny światowej, “Morfina” (2012) jest doskonałym przykładem tej problematyki. Powieść ukazuje historię Konstantego, niemiecko-polsko-śląskiego mieszkańca oblężonej Warszawy, osaczonej przez nową rzeczywistość polityczną. Pod naciskiem swoich bliskich, ze względu na obecną sytuację musi on wybrać między dwoma stronami konfliktu, porzucić swoje niedojrzałe zachowanie, a najlepiej, zgodnie z wola jego żony, zostać wojennym bohaterem.

Wydany w 2014, “Drach” snuje opowieść o perypetiach śląskiej rodziny, której los zdeterminowany zostanie przez zmienność historii. W następstwie nowego podziału mapy Europy po I wojnie światowej, stają się oni bowiem Polakami nie przez ich własny wybór czy głębokie przekonanie, lecz przez zwykły przypadek historyczny. Napisana w języku polskim, książka ta zawiera liczne fragmenty po niemiecku i śląsku. Ten językowy galimatias odzwierciedla kwintesencję miejscowej ludności rozdartej miedzy trzema współistniejącymi kulturami, co paradoksalnie zbudowało ich niepowtarzalną tożsamość – zdaje się, że być Ślązakiem na początku XX wieku oznaczało mieć coś w sobie z Polaka i z Niemca.

W najnowszej powieści Twardocha “Król” (2016) udajemy się z autorem w czasoprzestrzenną podróż do przedwojennej Warszawy bogatej w wielokulturowe tło, której specyfikę, kolory, dzięki i zapachy pisarz stara się, może nieco zbyt uparcie, oddać w swojej prozie. “Król” opowiada historię żydowskiego boksera Jakuba, znanego z porywczego temperamentu, uwielbienia do kobiet i nieustraszonych poczynań. Podobnie jak w poprzednich powieściach Twardocha, główny bohater jest przedstawicielem mniejszości etnicznoreligijnej. Ta tematyczna specyficzność umożliwia autorowi wskrzeszenie mikrokosmosu tej części populacji, tragicznie zaginionej w wyniku Holokaustu. Ponieważ żydowska diaspora, niegdyś integralna część polskiego społeczeństwa, wciąż wydaje się być niedostatecznie opisana w lokalnej fikcji, podjęcie się tego tematu jest niewątpliwie godne pochwały.

Warto także wspomnieć o innej znaczącej zalecie książki: powieściopisarz otwarcie porusza kwestię polskiego antysemityzmu w latach trzydziestych (kwestia często przemilczana w Polsce). Twardoch pisze o podziałach między obiema społecznościami i niebezpiecznie rosnącej marginalizacji Żydów. Opowiada o codziennych zmaganiach tej mniejszości nieustannie borykającej się z wrogością Polaków. Wspomina o ostracyzmie żydowskich studentów uniwersyteckich zmuszonych do siedzenia w wyznaczonych miejscach, tzw. “gettach ławkowych”. Powinniśmy z pewnością docenić ten aspekt powieści, zwłaszcza w cieniu ostatnich prób władz polskich, otwarcie negujących haniebne karty narodowej historii.

Jest jednak nie sposób nie zauważyć kilku ewidentnych niedociągnięć powieści. Po pierwsze styl Twardocha pozostawia wiele do życzenia: nie polecałbym “Króla” miłośnikom języka pełnego bogatych metafor, wyszukanym epitetów czy subtelnych aluzji. Najprawdopodobniej będziecie także zawiedzeni “Królem”, jeśli przywiązujecie wagę do dobrze skonstruowanej fabuły. Mimo że podziwiam zdolność Twardocha do pisania zapierających dech w piersiach zakończeń, trzeba przyznać, że jego technika narracyjna zdaje się czasem zbyt prosta, przewidywalna, banalna. Nie oczekujcie poza tym subtelnej ironii, humor powieściopisarza jest dość bowiem stereotypowy, czasem nawet grubiański.

Szczepan Twardoch ma bezsprzecznie wielki potencjał, by pozostawić stały ślad w historii polskiej literatury. Jego pomysły są często oryginalne i urzekające: narracja “Morfiny” prowadzona jest przez tytułowy lek stosowany do redukcji bólu fizycznego, “Drach” przez ziemię zamieszkiwaną przez Ślązaków, tożsamość narratora “Króla” ujawniona zostaje dopiero przy końcu książki. Twardoch musi jednak poświęcić więcej uwagi jakości swojego warsztatu od pierwszego do ostatniego zdania książki, a przede wszystkim unikać łatwych, hollywoodzkich rozwiązań, nawet za cenę niezadowolenia mniej wymagających czytelników, a co za tym idzie sprzedaży mniejszej liczby książek.

Tekst: Paweł Hładki