31 May 2012

“Jan Karski” raz jeszcze!

„Kto poświadczy za świadka?” To wolne tłumaczenie zdania autorstwa Paula Celana, zacytowane na początku powieści Jan Karski (2010)[1] mogłoby posłużyć za tytuł medialnej burzy spowodowanej francuskim wydaniem tej książki poświęconej życiu legendarnego działacza polskiego ruchu oporu. Rozmiar konfliktu między autorem tekstu – Yannickiem Haenelem – a Claudem Lanzmannem – reżyserem filmu dokumentalnego Shoah (1985), który jako jeden z pierwszych przeprowadził wywiad z Janem Karskim – wykazuje, w jakim stopniu związki powieści i historii mogą okazać się niebezpieczne. W artykule opublikowanym pod koniec stycznia 2010 w czasopiśmie Marianne, Lanzmann oskarża Yannicka Haenela o fałszowanie Historii i nazywa jego tekst „błędną powieścią”. Ten ostatni nie zawaha się zresztą podnieść rękawicy rzuconej przez znanego reżysera, zarzucając mu na łamach dziennika Le Monde  przestarzałe rozumienie literatury[2]. Afera Jan Karski daleka od bycia nieznaczącym sporem między dwoma koncepcjami artystycznymi przez długie miesiące pasjonować będzie życie literackie we Francji, aktualizując odwieczne pytanie o granice fikcji literackiej w posługiwaniu się faktami i postaciami historycznymi.

Powieściopisarz zainspirował się życiem wielkiego świadka Holokaustu, który, po niezapomnianej wizycie w warszawskim getcie, podejmuje się poinformowania amerykańskiego rządu o nazistowskim ludobójstwie celem nakłonienia aliantów do interwencji w Polsce. Po klęsce swojego przedsięwzięcia relacjonuje on swoje doświadczenia wojenne w książce opublikowanej w 1944 r., poświęconej głównie opisowi funkcjonowania polskiego państwa podziemnego (Story of a Secret State). Spełniwszy obowiązek świadka historii, Karski wiedzie spokojne życie waszyngtońskiego wykładowcy i unika przez prawie trzydzieści pięć lat jakiegokolwiek wystąpienia publicznego dotyczącego jego wspomnień, udzielając jedynie nielicznych  wywiadów – między innymi dla Clauda Lanzmanna – dopiero od końca lat siedemdziesiątych. Zgodnie z duchem swoich czasów Yannick Haenel usiłuje zebrać brakujący puzzle historii poprzez ponowne oddanie głosu tej postaci, wyjaśnienie przyczyny jego długiego milczenia i zaprezentowanie punkt widzenia, który stanowiłby przeciwwagę do imagu tego znamienitego działacza ruchu oporu przedstawionego w filmie dokumentalnym Shoah. Inny niemniej ważny zamysł towarzyszyć będzie projektowi powieściopisarza: opisując trudny los swojego bohatera, stawia on sobie za cel polepszenie wizerunku Polski – kraju często uważanego za antysemicki – eksponując Polaka, który, daleki od bycia obojętnym na los Żydów, zabiega o ich ocalenie u aliantów – de facto głuchych, wedle koncepcji powieści, na przekaz naocznego świadka Holocaustu.

Na tytuł książki autor obrał imię i nazwisko Jana Karskiego, które figuruje na okładce obok jego własnego nazwiska i terminu rodzajowego – powieść. Przy pierwszym zetknięciu zestawienie tych trzech elementów może doprowadzić do zakłopotania, rodząc pytanie o właściwy podmiot dyskursu. Tytuł ten przeczy ponadto konwencjom literackim – umieszczenie nazwiska postaci historycznej w tytule zarezerwowane jest zwykle dla biografii.

Yannick Haenel raczy ponadto czytelnika powieścią naznaczoną oryginalnością technik narracyjnych. Polegają one na zrelacjonowaniu w dwóch pierwszych rozdziałach informacji dotyczących życia Jana Karskiego znanych dzięki jego wystąpieniu w filmie Shoah, jak również jego sprawozdaniu z 1944 o funkcjonowaniu polskiego państwa podziemnego podczas drugiej wojny światowej. Powieść Yannicka Haenela rozpoczyna bowiem komentarz do wywiadu z tym wielkim obserwatorem wydarzeń historycznych w filmie Shoah (1985). Następuje streszczenie Story of Secret State (znane w Polsce pod tytułem Tajne państwo: opowieść o polskim Podziemiu) zaprezentowane w rozdziale drugim. Będąca monologiem wewnętrznym, ostatnia zredagowana w pierwszej osobie część stanowi czysty produkt wyobraźni autora: ma ona stanowić kontynuację historii tytułowego bohatera. Swojego rodzaju ostrzeżenie umieszczone na początku książki wyraźnie precyzuje zastosowanie fikcji i dokumentu w kolejnych częściach powieści: „trzeci rozdział jest fikcją […] sceny, zdania i myśli przypisywane Janowi Karskiemu są częścią twórczości literackiej”[3], ostrzega Haenel. Pisarz uzasadnia swój zabieg narracyjny „imperatywem etycznym”, który – aby móc przemawiać w imieniu Karskiego – zobligował go do uprzedniego nakreślenia dwóch głównych wystąpień tej postaci :

“Żeby ośmielić się zbliżyć do „pierwszej osoby”, do sekretu jego milczenia [Jana Karskiego], trzeba było najpierw wysłuchać tego, co powiedział w filmie Shoah, potem przedstawić, w jaki sposób on sam opowiedział swoje perypetie. Życie Karskiego rozpościera się na trzech płaszczyznach: słów, pisarstwa, milczenia. Stąd też trzy części książki.”[4]

Należy zauważyć również, że „poświadczanie za świadka”, chęć przeniknięcia psychiki postaci rzeczywistej i dowolne posługiwanie się faktami historycznymi stanowi kolejny etap zawłaszczania rzeczywistości przez fikcję. Ten nowy prąd może z pewnością wywoływać sprzeciw – zwłaszcza kiedy twórcy pozwalają sobie na fikcjonalizację Holocaustu – nietykalną a wręcz świętą część historii ludzkości. Jednakże należąca do kategorii wyobraźni literatura nigdy nie pretendowała do zastąpienia nauk ścisłych. Żadna krytyka nie będzie zatem w stanie zmusić ją do opowiadania historii stricte prawdziwych, bądź też do wyrzeknięcia się tradycji odwoływań do wyobraźni twórczej. Odpowiedź na pytanie zadane na początku tego artykułu – kto ma prawo poświadczać za świadka? – zależy zatem od oczekiwań czytelników w stosunku do historycznych relacji świadków: powinny być one bezwarunkowo zgodne z prawdą – praktycznie przypominając materiał dydaktyczny –  czy przeciwnie dowolnie inspirować się historią celem wytworzenia literackiej opowieści bez żadnych innych roszczeń poza podobaniem się swoim odbiorcom?


[1] Y. Haenel, Jan Karski (2009), Warszawa, Wydawnictwo Literackie, 2010.

[2] Y. Haenel, « Le recours à la fiction n’est pas seulement un droit, il est nécessaire », Le Monde, 26.01.2010, p. 18.

[3] Y. Haenel, Jan Karski, Paris, Éditions Gallimard, coll. L’Infini, 2009. s. 9, moje tłumaczenie.

[4] Wywiad udzielony Chloé Brendlé w czasopiśmie Le Magazine Littéraire, http://www.magazine-litteraire.com/content/club-lectures/article.html?id=14197.

TEKST: Paweł Hładki 

Advertisements
31 May 2012

“Jan Karski” encore !

« Qui témoigne pour le témoin ? ». Cette libre traduction de la phrase de Paul Celan, placée en exergue du roman Jan Karski[1], pourrait servir d’intitulé à la controverse provoquée par la parution de ce livre consacré à la vie du légendaire résistant polonais. L’ampleur prise par le conflit entre l’auteur du texte, Yannick Haenel, et Claude Lanzmann, réalisateur du film documentaire Shoah de 1985 qui met en scène une interview avec Jan Karski, démontre à quel point la liaison entre le roman et l’Histoire peut s’avérer dangereuse. Dans l’article publié par Marianne fin janvier 2010, Lanzmann accuse Yannick Haenel de falsifier l’Histoire et qualifie son texte de « faux roman ». Ce dernier n’hésitera pas à relever le gant jeté par son collègue, en lui reprochant dans les colonnes du Monde une conception archaïque de la littérature[2]. L’affaire Jan Karski, loin d’être une confrontation anodine de deux visions artistiques, animera la vie littéraire en France de longs mois durant, en renouvelant l’éternelle question sur les limites de la fiction dans l’utilisation des faits et des personnages réels.

Le romancier s’inspire de l’existence d’un témoin majeur de la Shoah qui ayant visité le ghetto de Varsovie, se charge d’informer le gouvernement américain du génocide nazi afin d’inciter les Alliés à intervenir en Pologne. Après l’échec de son entreprise, il relate ses expériences vécues pendant la guerre dans un ouvrage paru en 1944 consacré principalement au fonctionnement de l’État clandestin polonais (Story of a Secret State). Son devoir de témoin une fois accompli, il mène une vie d’universitaire évitant pendant quasiment trente-cinq ans toute intervention publique qui impliquerait son témoignage, en ne se contentant qu’à quelques rares interviews, dont celle faisant partie du film de Claude Lanzmann, seulement à partir de la fin des années soixante-dix. Conformément à l’esprit de son époque, Yannick Haenel tente de rassembler le puzzle manquant de l’histoire en vue de redonner la parole à son protagoniste, d’éclaircir les raisons de son long silence et de présenter un point de vue qui constituerait un contrepoids à l’image de cet illustre résistant exposée dans le documentaire Shoah. Une autre visée accompagne le projet du romancier : à travers le parcours de son personnage, il se propose de redorer le blason de la Pologne, pays souvent considéré comme antisémite, en présentant un Polonais qui, loin d’être indifférent au sort des Juifs, s’engage pour leur sauvetage auprès des Alliés qui s’avèrent, selon la conception de l’auteur, sourds au message de ce témoin.

Pour intituler l’ouvrage, l’auteur se sert du nom de Jan Karski qui figure ainsi à côté du sien et d’un terme générique – roman – sur la couverture du livre. Au premier abord, la juxtaposition de ces trois éléments peut prêter à confusion, puisqu’elle fait naître la question sur le vrai énonciateur du discours. Cet intitulé va par ailleurs à l’encontre des conventions littéraires : placer le nom d’un personnage historique dans le titre est usuellement réservée à la biographie. S’il est manifeste que ce procédé contribue à diminuer l’écart entre le réel et l’imaginaire, entre le document et la fiction, une sorte d’avertissement placé au début du livre précise pour autant explicitement l’application de ces deux genres dans les parties respectives du roman. En effet, Yannick Haenel avise ses lecteurs : « le chapitre 3 est une fiction. […] les scènes, les phrases et les pensées que je prête à Jan Karski relèvent de l’invention. »[3].

Yannick Haenel signe un roman marqué par l’originalité des techniques narratives. Celles-ci consiste à exposer dans les deux premiers chapitres les informations relatives à la vie de Jan Karski connues grâce à son apparition dans Shoah, ainsi qu’à son rapport de 1944 sur le fonctionnement de l’Etat clandestin polonais lors de la Seconde Guerre mondiale. Le roman de Yannick Haenel débute en effet par une description commentée de l’intervention de ce grand spectateur des événements historiques dans le film de Lanzmann. Suit un résumé de Story of a Secret State (connu en France sous le titre Mon témoignage devant le monde. Histoire d’un État secret) présenté dans le deuxième chapitre. Monologue intérieur, la dernière partie rédigée à la première personne constitue une pure fiction se voulant la suite de l’histoire du personnage éponyme. L’auteur justifie son dispositif narratif par un « impératif éthique » qui l’a obligé de retracer toutd’abord deux interventions principales de son personnage pour pouvoir ensuite témoigner en son nom :

“Pour oser accéder au « je » et au secret de son silence [celui de Jan Karski], il fallait d’abord faire entendre ce qu’il avait dit dans Shoah puis montrer la façon dont lui-même avait raconté ses aventures. Sa vie se déploie entre ses trois pôles : ses paroles, son écriture, son silence. D’où les trois parties du livre.”[4]

Il est à remarquer en dernier lieu que « témoigne[r] pour le témoin », se mettre dans la peau d’un personnage réel et se servir librement des faits historiques constitue l’étape suivante de l’appropriation de la réalité par la fiction. Ce nouveau courant peut certes provoquer des objections, notamment lorsque les créateurs se permettent de fictionnaliser la Shoah, partie intangible voire sacrée de l’Histoire de l’humanité. Or la littérature, étant un domaine de l’invention, n’a jamais prétendu de devenir une science exacte. Aucune critique ne saura l’obliger à tisser des récits strictement vrais, ni à renoncer à ses traditions du recours à l’imagination créatrice. La réponse à la question posée au début de cet article – qui a le droit de témoigner pour le témoin ? – dépend donc de l’attente des lecteurs envers un témoignage : doit-il être inconditionnellement conforme à la vérité au point de ressembler à un support didactique ou au contraire s’en inspirer librement de manière à concevoir une histoire littéraire sans d’autres prétentions que plaire à son public ?


[1] Y. Haenel, Jan Karski, Paris, Éditions Gallimard, coll. L’Infini, 2009.

[2] Y. Haenel, « Le recours à la fiction n’est pas seulement un droit, il est nécessaire », Le Monde, 26.01.2010, p. 18.

[3] Y. Haenel, Jan Karski, op.cit. p. 9.

[4] Entretien avec Chloé Brendlé dans : Le Magazine Littéraire, http://www.magazine-litteraire.com/content/club-lectures/article.html?id=14197.

TEXTE : Pawel Hladki

25 May 2012

Autorzy francuscy o Polsce: Yannick Haenel “Koło” (fragment)

WARSZAWA***

Wsiedliśmy do tramwaju. Przejeżdżaliśmy przez Wisłę. Na środku mostu ogarnął mnie spazmatyczny śmiech. Absurdalna radość z bycia tutaj – pośród niczego. Przypomniałem sobie dobrze znane zdanie: „W Polsce, czyli nigdzie.” No właśnie, w końcu byłem nigdzie. Rok temu przyjechał pociąg, do którego nie wsiadłem; potem – kilka miesięcy temu – wsiadłem do innego w kierunku Berlina. I ciągle jechałem dalej na Wschód, podróżując w stronę nicości. Powiedziałem o tym Lolkowi: „Podróż w kierunku nicości”. Wybuchł śmiechem. Z egzaltowaną miną wskazywał przechodniów. „Widziałeś?”- przyłożył do ust mały niebieski typowy dla astmatyków inhalator.

Warszawa wynurzała się wzdłuż linii tramwajowej ogromnych rozmiarów stalowymi alejami, wielkimi peerelowskimi budynkami obłożonymi bilbordami, starą smutną szarością i nałożonymi na tę szarości wrzaskliwymi sloganami zglobalizowanych metropolii.  Wysiedliśmy na przystanku Muzeum Narodowe tuż przed dawnym budynkiem Komitetu Centralnego PZPR: „kiedyś nazywaliśmy go dla żartu Białym Domem”, powiedział Lolek. Był wyraźnie zadowolony, że znowu znalazł się w swoim mieście. Kochał je tyleż samo, co nie znosił. Jak mawiał, po stokroć zniszczona przez hitlerowców i Rosjan Warszawa, niszczona była teraz przez kapitał. Kiedy wymawiał słowo kapitał, śmiejąc się dodał: „Pisane przez K” – jak Destruktion? – zapytałem.

Szliśmy Nowym Światem. Znów mieliśmy ochotę napić się piwa. Weszliśmy do pierwszego lepszego baru, był nim Sturbucks Coffee. Tak, byliśmy nigdzie, pomyślałem – nigdzie i wszędzie: w Nowym Jorku, Szanghaju, Paryżu, Berlinie – ta sama wrzaskliwa scenografia spustoszenia naklejona na pustkę. Według Lolka przejście z komunizmu na kapitalizm nie przyniosło żadnej zmiany – władza zmieniła formę, pozostając jednak taką samą; władza zawsze dąży do umocnienia się, powiedział.  Prawidłowością władzy – mówił dalej Lolek – jest szukanie sposobów poszerzenia władzy: kiedy zaś kapitalizm okazał się być lepszym sposobem na sprawowanie rządów, wówczas komunizm przeistoczył się w kapitalizm. Zamówiliśmy po piwie i wznieśliśmy toast za Polskę. Chodziliśmy od baru do baru, bo Lolek chciał pokazać mi swoje miasto i uczcić nasze przybycie do Warszawy. Na Świętokrzyskiej był rząd odnowionych kawiarni jednakowo polakierowanych na złoto-czarno niczym amerykańskie firmy; dalej niespodziewanie wspaniałe wewnętrzne podwórza z odrapanymi murami, balkony o barokowych pleceniach wychodzące na śmietniki. Jakaś aleja – Marszałkowska – całkowicie złożona z butików prêt-à-porter o wystawnych witrynach, gigantycznych MacDonaldów i rozmiarów galerii handlowej sklepów jubilerskich. Dalej na ulicy po prawej usypane z gruzu schody prowadzące do nikąd, kamienne płyty powywracane pośród zwalisk, zardzewiała tabliczka zagubiona wśród traw. Drzewa, parki, chodniki, wszystko zdawało się być rozdarte między światem biedy i nowej zarozumiałości.

*** Niniejszy tekst jest tłumaczeniem fragmentu powieści Yanicka Haenela “Koło” [Cercle], Paris, Gallimard, 2007, s. 419-420.

Tłumaczenie: Paweł Hładki Ilustracja: Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła  /  

25 May 2012

Auteurs français sur la Pologne : Yannick Haenel “Cercle” (extrait)

VARSOVIE***

On a pris un tramway. On a traversé la Vistule. Au milieu du pont, j’ai eu un fou rire. Joie absurde de me  trouver là, au milieu de rien. J’ai repensé à la phrase célèbre : « En Pologne, c’est-à-dire nulle part. » Voilà, j’étais enfin nulle part. L’année dernière, il y a eu un train que je n’ai pas pris ; puis, il y a quelques mois, j’en ai pris un pour Berlin. Et j’allais, toujours plus à l’est, voyageant vers le rien. J’ai dit ça à Lazlo : « Le voyage vers le rien. » Il a éclaté de rire, il me désignait des passant d’un air exalté : « Tu as vu ? » – puis il portait à la bouche ce petit inhalateur bleu qu’utilisent les asthmatiques.

Varsovie surgissait le long du tramway, avec ses immenses avenues métalliques, ses gros bâtiments de l’ère soviétique bardés d’affiches publicitaires, sa vieille tristesse grise et, plaqués sur cette tristesse, les slogans tapageurs des métropoles mondialisées. On est descendus à la station Muzeum Narodowe, juste devant l’ancien siège du Comité central du parti communiste : avant, on l’appelait la « Maison Blanche », m’a dit Lazlo. Il était tout content de retrouver sa ville. Il l’aimait autant qu’il la détestait. Selon lui, Varsovie, mille fois détruite, par les nazis, par les Russes, était maintenant dévastée par le Capital. Quand il prononçait le mot « Capital », il précisait en riant : « Avec un K. – Comme dans Destruktion ? ai-je dit. On a remonté la rue Nowy Swiat. On voulait boire encore une bière. On est entrés dans le premier bistro, c’était Starbucks Coffee. Oui, là on est vraiment nulle part, me disais-je – nulle part et partout : New York, Shanghai, Paris, Berlin – c’est le même décor d’abondance clinquante collé sur le manque. Pour Lazlo, rien n’a changé lorsqu’on est passé du communisme au capitalisme ; la domination a changé de forme, mais est restée la même, a dit Lazlo ; la domination, toujours, ne cherche qu’à se renforcer, a-t-il dit. Le propre de la domination, a dit Lazlo, est de chercher des formes pour accroître la domination, de continuer à dominer, le communisme s’est changé en capitalisme. On a commandé deux autres bières et on a trinqué à la Pologne. On est allés de bistrot en bistrot, car Lazlo voulair me montrer sa ville et fêter notre entrée dans Varsovie.  À partir de la rue Swietokrzyska, il y a une suite de cafés refaits à neuf, uniformément laqués noir et or, comme des firmes américaines ; puis de soudaines cours intérieures splendides aux murs écaillés, des balcons aux torsades baroques, qui donnent sur un coin d’ordures. Une avenue – la Marszalkowska -, entièrement composée de boutiques de prêt-à-porter aux vitrines luxueuses, de McDonald’s gigantesques et de bijouteries de la taille de galeries commerciales. Puis, dans la rue à droite, des escalier en éblouis qui ne mène nulle part, des stèles de guingois au milieu de gravats, un petit panneau rouillé qui se perd dans les herbes. Les arbres, les parcs, les trottoirs, tout à l’air pris entre le monde de la misère et celui de l’arrogance.

*** Le fragment cité ci-dessus a été tiré du roman de Yannick Haenel, “Cercle”, Paris, Gallimard, 2007, pp. 419-420.

12 April 2012

Polskość kontra europejskość oczami Doroty Masłowskiej

Unia Europejska. Dwa słowa. Dwadzieścia siedem krajów. Wielość narodów. Niezliczone konotacje. Każde państwo posiada bowiem swoiste cechy społecznopolityczne, Wspólnota Europejska nie mogłaby zatem ucieleśniać tej samej koncepcji dla wszystkich mieszkańców Starego Kontynentu. Będąca zwierciadłem opinii publicznej, twórczość literacka od zawsze stanowiła doskonały barometr społecznych odczuć, co stanowi prawdę bezspornie znajdująca swoje zastosowanie w najnowszej literaturze polskiej. Użytecznym jest więc omówienie dorobku jednej z najważniejszych autorek młodego pokolenia pisarzy polskich – Doroty Masłowskiej (ur. 1983 r.) celem zdefiniowania, w jakiej mierze wejście Polski do Unii Europejskiej przesiąkło literackie struktury i sprecyzowania, w jaki sposób ta organizacja polityczna przedstawiona została przez tę znaną powieściopisarkę.

Nazywana niejednokrotnie polską Françoise Sagan, Masłowska wydała pierwszą powieść pt. Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną jeszcze przed swoją maturą. Tekst odniósł porażający sukces nie tylko wśród krytyków, ale i czytelników, otwierając jej drogę do wspaniałej kariery ukoronowanej wkrótce przez najbardziej prestiżową polską nagrodę literacką – Nike[1]. Nie cofając się przed trudnymi tematami, dzieło Masłowskiej nie waha się zmierzyć między innymi z krytyką dzisiejszego społeczeństwa, zarysowując oryginalny portret narodu, który w obliczu ważnych zmian politycznych dąży do zredefiniowania swojego miejsca w świecie, rewidując tym samym stosunek do własnej tożsamości. Wstąpienie Polski do Unii Europejskiej jest zapewne do tego dodatkowym przyczynkiem.

Lektura dzieła Masłowskiej skłania ponadto do następującego wniosku: pochodzenie danej jednostki umieszcza ją na jednym z wielu szczebli hierarchii społecznej. Otóż według tej poczytnej autorki narodowość okazuje się być ważną cechą o zabarwieniu waloryzującym, bądź też przeciwnie pejoratywnym. To dość szczególne użycie przymiotników narodowościowych znajduje swoje zastosowanie już od pierwszego utworu autorki, Wojny polsko-ruskiej, w którym to Masłowska posługuje się słowem „ruski” do określenia rzeczy marnych, wrogich i godnych pogardy. Jej kolejna książka, znacząco zatytułowana Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), pochodzenie rumuńskie wykorzystuje do konstrukcji idei ludzkiego ostracyzmu. Jedna z postaci wypowiada tu słowa o jakże głębokim znaczeniu:  „nie jesteśmy studentami, jesteśmy Rumunami mówiącymi po polsku, lesbijkami, pedałami, Żydami, pracujemy w agencji reklamowej.”[2]

Na jakim szczeblu tej międzynarodowej drabiny plasują się zatem rodacy powieściopisarki? Okazuje się, że w perspektywie tej ostatniej, dalecy są oni od zajmowania uprzywilejowanej pozycji. W pierwszej powieści Masłowskiej narodowość polska wywołuje co prawda jeszcze pozytywne skojarzenia skonstruowane poprzez opozycję między Polską jako wspólnotą społecznokulturową a niechcianą obecnością obcych naznaczoną za sprawą zagranicznych przemytników papierosów, ale koncepcja ta ulega diametralnej zmianie wraz z opublikowaną cztery lata później powieścią zatytułowaną Paw królowej. Splamiony widmem bezrobocia, przemocy i biedy, ojczysty kraj zmusza do zadania sobie natury ontologicznej pytań, zupełnie obcych uczuciom patriotycznym. To postawione przez Stanisława Retro stanowi ich emblematyczny przykład:

dlaczego w Polsce a nie w Szwecji urodził się, miałby teraz na imię Hamsun, miałby czystą żonę Britte a na imię Alfred, w jasnej czystej Szwecji urodziłby się, miałby jasne krowy i konie uczciwe.[3]

Wstąpienie Polski do struktur europejskich – data stanowiąca cezurę z punktu widzenia politycznego, społecznego i kulturowego – obiecuje natomiast nowy start i daje wiele, dotychczas niepojętych, możliwości. Wydarzenie to pociąga za sobą przede wszystkim napływ olbrzymich kapitałów, które według artystycznej – jakkolwiek hiperbolicznej – wizji Masłowskiej sfinansować miałyby nawet piosenkę stanowiącą przedmiot powieści Paw królowej: „Piosenka ta powstała za pieniądze z Unii Europejskiej. Można ją przeczytać za pomocą liter zawartych w alfabecie”[4], nie przestaje powtarzać z maniakalnym uporem narratorka.

Inny niemniej znaczący fakt: polityczno-ekonomiczna wspólnota dwudziestu siedmiu państw znacznie wpłynąć miałaby na tożsamość Polaków. Mogą oni przecież od tego momentu wybrać strukturę państwową, z którą woleliby się utożsamiać. To właśnie między innymi o tej nowej perspektywie – wyraźnym źródle międzypokoleniowych konfliktów – traktuje najnowsza sztuka Masłowskiej Między nami dobrze jest.  Wychowani w kulcie Zachodu, kosmopolityzmu i kultury pop, młodzi Polacy zdają się nie rozumieć sensu tak bardzo drogiego dla starszych roczników poczucia patriotyzmu. W przeciwieństwie do tych ostatnich – przenikniętych narodową dumą a wręcz szowinizmem – młodzież polska rezolutnie ośmiela się zanegować swoją polskość: „[…] z jednej strony nie jestem nikim, ale z drugiej na przykład nie jestem Polką”[5], nie omieszka skonstatować pewna żeńska postać ostatniego dramatu popularnej autorki. Próba ucieczki od tej wyraźnie ciążącej tożsamości skłania nawet młodych Polaków do stwierdzenia, że to dzięki nauce zawdzięczają oni władanie ojczystym językiem! „Cóż mogłam zrobić, chcą nie chcąc, nauczyłam się polskiego i mówię teraz całkowicie bez akcentu, a jednak znaczenia niektórych wielosylabowych słów do teraz nie mogę zapamiętać, co nie przeszkadza mi ich wypowiadać”[6], oświadcza Monika. „ […] Polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały mi po polskiej sprzątaczce”[7], ośmiela się z kolei twierdzić Mała Metalowa Dziewczynka.

Dla tej pozbawionej wszelkich tradycyjnych wartości młodzieży Unia Europejska zdaje się zatem stanowić szansę na wyzbycie się tej wyraźnie wstydliwej tożsamości. Skoro bycie Polakiem równoważy pewnemu rodzajowi patologii [sic], decydują się oni zostać Europejczykami, głośno i wyraźnie wykrzykując : „Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko Europejczykami, normalnymi ludźmi!”[8]


[1] Masłowska otrzymała tę nagrodę za powieść Paw Królowej.

[2] D. Masłowska, Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), in: Dwa dramaty zebrane,Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010, s.  43.

[3] D. Masłowska, Paw królowej, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2005, s. 25.

[4] Ibid., s. 67.

[5] D. Masłowska, Między nami dobrze jest (2008), in: Dwa dramaty zebrane, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010, s. 107-108.

[6] Ibid., s. 108.

[7] Ibid., s. 115.

[8] Ibid.

Bibliografia: 

Masłowska, Dorota, Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2002.

Masłowska, Dorota, Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), in: Dwa dramaty zebrane,Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010.

Masłowska, Dorota, Paw królowej, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2005.

Masłowska, Dorota, Między nami dobrze jest (2008), in: Dwa dramaty zebrane, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010.

Tekst: Paweł Hładki Ilustracja: Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

25 March 2012

Polonité versus européanisme dans l’œuvre de Dorota Maslowska

Union Européenne. Deux mots. Vingt-sept pays. Multitude de peuples. Innombrables connotations. Car, les particularités sociopolitiques de chaque État étant bien dissemblables, la Communauté européenne est loin d’incarner la même conception pour tous les habitants de l’Ancien Continent. Que la production littéraire, miroir de l’opinion publique, ait toujours constitué un excellent baromètre du sentiment social, est une vérité incontestable applicable sûrement à la littérature créée à présent sur les bords de la Vistule. Aussi est-il certainement utile d’explorer l’œuvre d’une auteure majeure de la jeune génération d’écrivains polonais – Dorota Masłowska (née en 1983) – de manière à définir dans quelle mesure l’entrée de la Pologne dans l’Union Européenne a pénétré dans le champ littéraire et à déterminer comment cette organisation politique est représentée par cette célèbre romancière et dramaturge d’à peine 28 ans.

Appelée parfois la Françoise Sagan polonaise, Masłowska a publié son premier roman Polococtail Party encore avant son baccalauréat. Le texte a connu un foudroyant succès aussi bien parmi les critiques que parmi les lecteurs, en ouvrant la voie à une brillante carrière couronnée par le prix littéraire le plus prestigieux en Pologne – Nike[1]. Sans reculer devant les sujets difficiles, l’œuvre de Masłowska n’hésite pas à aborder entre autres la critique de la société polonaise d’aujourd’hui, en brossant un portrait original d’un peuple qui face à d’importantes transformations politiques, tend à redéfinir sa place dans le monde, en révisant son attitude envers l’identité nationale. L’entrée de la Pologne dans l’Union Européenne en est incontestablement un stimulant supplémentaire.

La lecture de l’œuvre de Masłowska conduit par ailleurs à la constatation suivante : l’origine d’un individu le place sur l’un des nombreux échelons de la hiérarchie sociale. En effet, pour cette auteure à succès, la nationalité s’avère être une donnée à caractère valorisant ou au contraire péjoratif. Cette utilisation particulière des adjectifs de nationalité apparaît dès son premier ouvrage, Polococtail Party, dont le titre original signifie littéralement « Guerre polono-russe sous l’étendard polonais » : Masłowska s’y sert du mot « russe » pour désigner toute chose médiocre, hostile et digne de mépris. Suit une pièce de théâtre intitulée significativement Deux pauvres Roumains parlant polonais (2006) dans laquelle l’origine roumaine revêtit une idée d’ostracisme humain. L’un des personnages prononce les mots d’une teneur bien saisissante : « Nous ne sommes pas étudiants, nous sommes roumains parlants polonais, ou, si vous préférez, lesbiennes, pédés, Juifs, nous travaillons dans une agence de publicité. »[2]

Quelle place sur cette échelle internationale occupent alors les compatriotes de la romancière ? Il semble que, dans la perspective de cette dernière, ils soient manifestement loin de tenir une position privilégiée. Si, dans son premier roman, la nationalité polonaise évoque encore des associations positives relevant de l’opposition entre la Pologne en tant qu’une communauté socioculturelle et, d’autre part, une présence involontaire de l’Autre incarnée par les trafiquants étrangers de cigarettes, cette conception change diamétralement avec le roman publié quatre ans plus tard – Tchatche ou crève [Paw królowej]. Taché par le spectre du chômage, de la violence et de la pauvreté, le pays natal contraint à se poser des questions de nature ontologique, entièrement étrangères aux sentiments patriotiques. Celle formulée par Stanisław Retro en constitue un exemple emblématique :

“Pourquoi c’est en Pologne et pas en Suède qu’il est né, il s’appellerait Hamsun, Alfred Hamsun, et il aurait sa petite femme une Britte bien propre, il s’appelerait Alfred, dans cette Suède claire et propre où il serait né, il élèverait des vaches blondes et des chevaux bien braves.”[3]

Néanmoins, l’entrée de la Pologne dans les structures européennes – date-césure du point de vue politique, social et culturel – promet un nouveau commencement et offre des possibilités jusqu’à lors indiscernables. Cet événement entraîne avant tout l’arrivée d’énormes capitaux qui, suivant le concept artistique de Masłowska, aussi hyperbolique soit-it, financerait même la chanson qui fait l’objet du roman Tchatche ou crève : « Cette chanson est sponsorisée par les fonds de l’Union européenne »[4], ne cesse de répéter avec une obstination quasi maniaque la narratrice.

Autre fait non moins négligeable : le partenariat politico-économique de vingt-sept pays se répercuterait sur les sentiments identitaires des Polonais. Effectivement, ceux-ci peuvent dès lors choisir la structure étatique à laquelle ils souhaitent s’identifier. C’est de cette nouvelle possibilité, génératrice d’un manifeste conflit intergénérationnel, que traite la récente pièce de Masłowska – Vive le feu ! on s’entend bien [Między nami dobrze jest]. Élevés dans le culte de l’Occident, du cosmopolitisme et de la culture pop, les jeunes Polonais semblent ne plus concevoir le sens du patriotisme tellement cher à leurs compatriotes plus âgés. Contrairement à ces derniers – imbus de fierté nationale, voire de chauvinisme – la jeunesse polonaise ose en effet délibérément nier sa polonité : « certes je ne suis personne, mais au moins je ne suis pas polonaise »[5], déclare sans ambages un certain personnage féminin. Cette tentative de s’échapper à une bien pesante – semble-t-il – identité, conduit les jeunes Polonais à affirmer que c’est à l’apprentissage qu’ils doivent le fait de parler leur langue maternelle ! « Il paraît qu’au début je pleurais beaucoup, je frappais avec mes petits poings, déjà à l’époque je voulais rentrer là-bas, d’où je viens, c’est- à-dire à l’Ouest. […] Qu’est-ce que j’y pouvais, bon an mal an, j’ai appris le polonais et je le parle maintenant totalement sans accent », affirme Monika. « […] Le polonais je l’ai appris avec des disques et des cassettes que la femme de ménage polonaise m’a laissés »[6], s’avise de prétendre à son tour La Petite Fille en Métal.

L’Union Européenne paraît alors pour cette jeunesse déracinée comme l’occasion de se débarrasser de leur identité visiblement honteuse. Puisqu’être polonais équivaut à une sorte de pathologie [sic], ils choisissent résolument de devenir Européennes et d’affirmer haut et fort : « On n’est pas du tout Polonais, on est des Européennes, des gens normaux ! »[7]


[1] Masłowska a remporté ce prix pour le roman Tchatche ou crève [Paw królowej] en 2006.
[2] D. Maslowska, Deux pauvres Roumains parlant polonais, Toulouse, Presse Universitaire de Mirail, 2008, traduction : Kinga Joucaviel, p. 83. Version originale : « Nie jesteśmy studentami, jesteśmy Rumunami mówiącymi po polsku, lesbijkami, pedałami, Żydami, pracujemy w agencji reklamowej »
[3] D. Masłowska, Tchatche ou crève, Lausanne, Les Éditions Noir sur Blanc, 2008, traduction : Isabelle Jannès-Kalinowski, p. 17. Version originale : « dlaczego w Polsce a nie w Szwecji urodził się, miałby teraz na imię Hamsun, miałby czystą żonę Britte a na imię Alfred ? »
[4] Ibid., p. 63. Version originale : « Piosenka ta powstała za pieniądze z Unii Europejskiej. Można ją przeczytać za pomocą liter zawartych w alfabecie. » (67)
[5] D. Masłowska, Vive le feu. On s’entend bien [Między nami dobrze jest, 2008],  Lausanne/Paris, Les Éditions Noir sur Blanc, 2011, p. 68.
[6] Ibid., p. 80.
[7] Ibid.
 
Bibliographie :
MASŁOWSKA, Dorota, Deux pauvres Roumains parlant polonais, Toulouse, Presse Universitaire de Mirail, trad. Kinga Joucaviel, 2008.
MASŁOWSKA, Dorota, Polococtail Party, Lausanne, Les Éditions Noir sur Blanc, trad. Zofia Bobowicz, 2004.
MASŁOWSKA, Dorota, Tchatche ou crève, Lausanne, Les Éditions Noir sur Blanc, trad. I. Jannès-Kalinowski,  2008.
MASŁOWSKA, Dorota, Vive le feu. On s’entend bien, Lausanne, Les Éditions Noir sur Blanc, trad. I. Jannès-Kalinowski, 2011.
 
Texte : Pawel Hladki
Photo : Grażyna Makara
5 March 2012

Des “Particules élémentaires” de Michel Houellebecq*

Houellebecq ? « C’est un bon auteur, il me semble. C’est agréable à lire, il a une vision assez juste de la société », dixit un des personnages du dernier roman en date de Houellebecq – La Carte et le territoire – depuis peu disponible dans les librairies polonaises.  Voilà qui résume parfaitement l’œuvre de cet auteur !

Probablement le plus connu des romanciers français contemporains, Houellebecq a gagné en popularité grâce à ses romans controversés dont l’histoire d’un personnage pessimiste critiquant sans ambages les mécanismes du monde contemporain, Extension du domaine de la lutte (1994), a ouvert la voie.

Continuation des réflexions sur la hiérarchisation binaire de l’humanité gouvernée par l’argent et la sexualité, le livre suivant inscrira Houellebecq parmi les écrivains les plus importants de notre époque.

Intitulé Les Particules élémentaires (1998), cet ouvrage raconte les péripéties de deux frères que tout oppose – Michel et Bruno. Incapable d’éprouver des sentiments profonds, tel l’amour, le premier se protège contre d’incompréhensibles méandres du psychisme humain à l’abri des recherches scientifiques qui le conduiront bientôt à inventer un nouveau genre d’homme libéré du spectre de la spiritualité et de la sexualité. En proie à des fantasmes sexuels, le second, aux dépens de son travail, de son mariage et de sa propre réputation, désire à tout prix satisfaire sa libido exceptionnellement développée. Ce roman de Houellebecq, dont les phénomènes sociaux suscités par la révolution des mœurs de mai 1968 tissent l’arrière-fond, constitue un traité original sur l’état de la civilisation contemporaine et les plus angoissants problèmes de l’Occident que – selon la vision de l’auteur – seule une démarche extrêmement radicale peut sauver.  L’ensemble revêt un style singulier comptant autant d’adversaires que de partisans – qui marie habilement vulgarisme et pathétique, prose et poésie ; vocabulaire scientifique et langage familier. L’œuvre houellebecquienne semble être une lecture obligatoire pour tout amateur de littérature extrême-contemporaine française et même mondiale.

Texte : Pawel Hladki

Photo :

* Le présent texte constitue une libre  traduction de l’article ci-contre adressé à des lecteurs polonophones.

17 February 2012

O “Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqa.

Houellebecq [czytaj: łelbek]? „Zdaje się, że to dobry autor. Jest przyjemny w czytaniu i ma całkiem słuszną wizję społeczeństwa.” Tymi słowami podsumowuje twórczość Houllebecqa jedna z jego powieściowych postaci w najnowszej książce autora zatytułowanej „Mapa i terytorium”, od niedawna dostępnej na polskim rynku wydawniczym.

Ten bodajże najbardziej znany żyjący francuski autor popularność zdobył za sprawą swoich kontrowersyjnych powieści, którym drogę otworzyła historia skrajnie pesymistycznego bohatera, bez ogródek krytykującego mechanizmy współczesnego świata, zatytułowana „Poszerzenie pola walki”. Przedstawioną tu tezę o binarnej hierarchizacji ludzkości, rządzonej przez seksualność i pieniądz, kontynuować będzie kolejna książka pisarza na trwałe wpisująca go w poczet najbardziej wpływowych współczesnych twórców – Cząstki elementarne (1998).

Fabuła powieści opowiada losy dwóch diametralnie różnych braci – Michela i Bruno. Pierwszy, niezdolny do głębszych uczuć czy miłości, przed niezrozumiałymi meandrami ludzkiej psychiki chroni się w naukowych eksperymentach, które doprowadzą do wynalazku nowego gatunku człowieka uwolnionego od zmory duchowości i seksualności. Drugi obłędnie owładnięty seksualnymi fantazjami, za cenę zezwierzęcenia, rozpadu swojego małżeństwa, utraty pracy i własnej reputacji, niestrudzenie dąży do zaspokojenia nadzwyczaj rozwiniętego libido.

Rozgrywającą się na tle społecznych procesów ewolucyjnych, zapoczątkowanych obyczajową rewolucją z maja 1968 roku, powieść Houellebecqa jest oryginalną rozprawą o stanie współczesnej cywilizacji i najbardziej frasobliwych bolączkach Zachodu, który – wedle wizji autora – uratować może jedynie skrajnie radykalne posunięcie. Całość opatrzona niepowtarzalnym stylem – liczącym sobie nota bene tyleż samo zwolenników co przeciwników – zestawiającym ze sobą wulgaryzmy i patetyczność, prozę z poezją, wyszukane słownictwo naukowe z potocznym, stanowi o oryginalności Houellebecqowskiego dzieła, które zdaje się być pozycją obowiązkową dla każdego amatora najnowszej literatury nie tylko francuskiej ale i powszechnej.

Tekst : Paweł Hładki Rysunek : Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

10 February 2012

Un quart d’heure de réflexion sur le destin de Szymborska

Ci-gît, comme une virgule démodée
L’auteure de quelques poèmes. La paix éternelle
lui a été accordée par la terre, malgré que son cadavre
n’appartînt à aucun groupe littéraire.
Ainsi rien de mieux sur son tombeau que cette rimaille,
de la bardane et une chouette. Passant, avant que tu t’en ailles,
sort de ta mallette le cerveau d’ordinateur
et sur le sort de Szymborska réfléchit un quart d’heure.[1]

******

Le milieu culturel a rendu hier un dernier hommage à la grande poétesse polonaise, Wislawa Szymborska, auteur d’une vingtaine de recueils de poèmes, lauréate d’innombrables prix littéraires dont le prix Nobel en 1996, et, pour beaucoup de lecteurs, une femme de lettres qui les a incités à pénétrer dans les arcanes– aussi complexes soient-ils – de la poésie.

Né en 1923 à Prowent (aujourd’hui Kórnik) Szymborska a débuté avec un recueil Pourquoi vivons-nous (1952) qui outre des poèmes renvoyant à la question posée dans le titre, contient des fragments controversés, écrits à la gloire de Lénine et à celle de la jeunesse communiste alors en charge de la construction de Nowa Huta, ville industrielle répondant aux canons urbanistiques staliniens – absorbée in fine par Cracovie. Loin de tacher la brillante production poétique de l’artiste, ces poèmes politiquement connotés semblent aujourd’hui faire preuve du temps difficile où les créateurs désireux de se faire publier devaient se fendre de vers favorables au pouvoir de l’époque. Aussi quelques opinons défavorables prononcées après le décès de la poétesse par certains politiciens polonais de droite conservatrice, lui reprochant entre autres l’absence du caractère patriotique de ses poèmes, ne sauront-elles sans doute ternir l’inestimable valeur littéraire de l’œuvre de Szymborska.

D’autres recueil, tels que Questions à soi-même (1954), Sel (1962), Grand nombre (1976), Fin et début (1993) ou Instant (2002) confirment le génie de la poétesse et l’inscrivent à jamais parmi les plus importants créateurs polonais de tous les temps. De nature ontologique, sociologique ou quelques fois triviale,  les poèmes de Szymborska abordent une multitude de thèmes vêtis en une esthétique bien particulière qui, tellement rare dans cette forme d’écriture, constitue sans doute l’atout principal de son œuvre. En effet, l’étonnante sobriété stylistique de son travail conjuguant parfaitement avec la simplicité, voire la naïveté apparente de ses pensées frappe avec une force d’autant plus importante lorsqu’on saisit la profondeur du message des textes de la créatrice.

Mais rendons enfin la parole à Szymborska et à son admirable poésie interprétée par Jean-Louis Murat :

*****
L’amour au premier regard
Ils pensent tous deux
qu’un sentiment nouveau les a réunis.
Belle est cette certitude,
plus belle encore l’incertitude.
Ils croient que ne se connaissant pas,
rien n’a jamais eu lieu entre eux.
Mais ses rues, ses escaliers, ses couloirs
où depuis longtemps, ils ont pu se croiser.
J’aimerais leur demander
s’ils n’ont pas souvenir
peut-être dans une porte tournante
ou un jour face à face.
Quelque part dans la foule,
au téléphone mais cette une erreur.
Mais je sais leur réponse,
non ils ne s ‘en souviennent pas.
Mais tout commencement
n’est qu’une suite, n’est qu’une suite.
Depuis si longtemps  déjà
le hasard à jouer avec eux.
Pas tout à fait prêts
à se changer en destin.
Qui les rapproche les éloigne
leur coupe la route
Et étouffant un rire se sauve un peu plus loin
Il y a eu des signes,
indéchiffrables qu’importe
Il y a trois ans peut être
ou mardi dernier.
Cette feuille qui a volé
d’une épaule à l’autre.
Un objet perdu ramassé
Qui sait peut-être un ballon déjà perdu
dans les fourrés de l’enfance.
Mais tout commencement
n’est qu’une suite.
Le livre du destin toujours ouvert.
Il y a eu des poignées des sonnettes
ou sur la trace d’une main une autre s’imprimera,
des valises côte à côte à la consigne
Et peut-être une nuit un même rêve
dès le réveil, au matin efface.
Mais tout commencement
n’est qu’une suite.
Le livre du destin
toujours ouvert au milieu.
Mais tout commencement
n’est qu’une suite.
Le livre du destin
toujours ouvert au milieu.

Texte : Pawel Hladki


[1] W. Szymborska, Epitaphe in : Sól, 1962.

Tags:
10 February 2012

Chwila zadumy nad losem Szymborskiej*

Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy,
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.[1]

******

Kulturalny świadek złożył w czwartek ostatni hołd wielkiej polskiej poetce –Wisławie Szymborskiej – autorce ponad dwudziestu tomików wierszy, laureatce niezliczonych nagród literackich – w tym Nobla w 1996 roku – a dla wielu czytelników po prostu tej, która skutecznie zachęciła ich do zagłębienia się w nierzadko skomplikowane arkany utworów poetyckich.

Urodzona w Prowencie (dziś Kornik), Szymborska zadebiutowała tomikiem Dlaczego żyjemy, który oprócz wierszy stawiających sobie tytułowe pytanie zawiera kontrowersyjne utwory napisane na cześć Lenina, a także socjalistycznej młodzieży zaangażowanej w budowę Nowej Huty, robotniczego miasta zaprojektowanego zgodnie ze stalinowskimi kanonami urbanistycznymi, włączonego następnie w administracyjne granice Krakowa. Dalekie od splamienia wyśmienitego dorobku artystki, owe politycznie zaangażowane wiersze świadczą dziś o trudnym okresie, w którym, chcący wydać swoją twórczość poeci, musieli niejednokrotnie umieszczać przychylne ówczesnej władzy utwory. Toteż niekorzystne opinie wygłaszane po śmierci poetki przez niektórych polskich polityków konserwatywnej prawicy zarzucających poetce brak patriotycznego charakteru jej wierszy nijak nie umniejszają niezrównanej wartości literackiej dzieła Szymborskiej.

Inne tomiki – takie jak Pytania zadawane sobie (1954), Sól (1962), Wielka liczba (1976), Koniec i początek (1993) i Chwila (2002) – potwierdzają geniusz poetki i wpisują ją w grono najważniejszych polskich twórców wszechczasów.  Natury ontologicznej, socjologicznej a nawet czasami trywialnej, wiersze Szymborskiej podejmują wielość tematów, które ubrane w dość charakterystyczną formę tak rzadką dla tego gatunku literackiego stanowią zapewne główny atut jej dzieła. Zadziwiająca asceza stylistyczna twórczości Szymborskiej, wplatająca się doskonale w prostotę a wręcz rzekomą naiwność jej myśli, uderza z tym większą siłą, kiedy czytelnik obejmuje tekstualny przekaz artystki.

Ale oddajmy w końcu głos Szymborskiej i jej wspaniałej poezji w interpretacji Zbigniewa Zamachowskiego :

*****

Miłość od pierwszego wejrzenia

Oboje są przekonani,
że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność,
ale niepewność jest piękniejsza.

Sądzą, że skoro nie
znali się wcześniej,
nic miedzy nimi nigdy się nie działo.
A co na to ulice, schody, korytarze,
na których mogli się od dawna mijać?

Chciałabym ich zapytać,
czy nie pamietają –
może w drzwiach obrotowych
kiedyś twarzą w twarz?
jakieś ,,przepraszam” w ścisku?
głos ,,pomyłka” w słuchawce?
– ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamietają.

Bardzo by ich zdziwiło,
że od dłuższego już czasu
bawił się nimi przypadek.

Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los,
zbliżał ich i oddalał,
zabiegał im droge
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.

Były znaki, sygnały,
cóż z tego, że nieczytelne.
Może trzy lata temu
albo w zeszły wtorek
pewien listek przefrunął
z ramienia na ramię?
Było coś zgubionego i podniesionego.
Kto wie, czy już nie piłka
w zaroślach dzieciństwa?

Były klamki i dzwonki,
na których zawczasu
dotyk kladł się na dotyk.
Walizki obok siebie w przechowalni.
Był może pewnej nocy jednakowy sen,
natychmiast po zbudzeniu zamazany.

Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.


[1] W. Szymborska, Nagrobek, in : Sól, 1962.

Niniejszy tekst jest wolnym tłumaczeniem znajdującego się obok artykułu adresowanego do francuskojęzycznych odbiorców.

Tłumaczenie : Paweł Hładki