Archive for ‘WERSJA POLSKA’

27 February 2014

“Ukształtowanie ostatniego brzegu” czyli niepoetyckość poezji Michela Houellebecqa

Wersja polskaWiosna zeszłego roku przyniosła podwójny powrót w życiu, jednego z najbardziej znanych powieściopisarzy współczesnych, Michela Houellebecqa. Po wielu latach spędzonych za granicą, autor Cząstek elementarnych – na wzór swojego awatara z powieści uhonorowanej nagrodą Goncourt (za Mapę i terytorium) – opuścił południowo-wschodnie wybrzeże Irlandii, by na nowo zamieszkać we Francji. Znany przede wszystkim dzięki twórczości prozatorskiej, Houellebecq powrócił ponadto do poezji – gatunku, który zaniedbywał on nieco ostatnimi czasy. Zatytułowany Configuration du dernier rivage (Ukształtowanie ostatniego brzegu), pierwszy od wielu lat tomik wierszy Houellebecqa, ukazał się w kwietniu 2013 r. nakładem wydawnictwa Flammarion.

asabolt_houllebecq_m

Ta, złożona z pięciu części o bardzo Houellebecqowkich tytułach (szara przestrzeń, długi weekend w szóstej strefie, pamięć kutasa, bliskość próżni, wyżyna), publikacja porusza tematy od zawsze nękające twórczość literacką pisarza:  miłość fizyczna, samotność, postępująca i nieodwracalna degradacja ludzkiego ciała oraz śmierć. Na wzór powieści autora, “Ukształtowanie ostatniego brzegu“ przedstawia zasmucający obraz społeczeństwa indywidualistycznego, „tego supermarketu ciał, gdzie umysł jest na sprzedaż”, w którym „mało jest tych co kochają i jeszcze mniej tych, którzy się oddają”, w którym „nie mamy tak naprawdę wrażenia bycia ludźmi”. Powracają inne, drogie twórczości MH motywy. Wśród nich, skrajna prostota płci męskiej oddana w wierszu o niemalże pornograficznej tonacji: „Mężczyźni chcą jedynie, żeby ssano im chuja/ Tyle godzin dziennie, co możliwe/ Przez tyle ładnych dziewczyn co możliwe.//Poza tym interesują się techniką.”  Nieznośne uczucie pustki typowe dla społeczeństw post-rewolucyjno-obyczajowych: „Adam bez Ewy/Znaczy niewiele/Westchnął Adam, oglądając na TF1 program erotyczny /Powinien był się ożenić, mieć dziecko albo coś; Psy są co prawda miłe, ale pies pozostaje psem.” A także lejtmotyw Houellebecqowskiej twórczości – zatrważający los gatunku ludzkiego nieodwracalnie skazanego na śmierć : „Przez jakiś czas jeszcze żył będę, w towarzystwie mojego psa/ I systematycznym wzmaganiu się cierpienia/ W tych latach poprzedzających moją śmierć.”

Pokrewieństwo z prozą przejawia się także na poziomie stylistycznym. Rzadkie są bowiem fragmenty naznaczone liryzmem czystym. Nawet jeśli „Baudelaire supermarketu” nie unika intymnych wyznań, posługuje się on jednakże niezmiennie językiem codziennym, praktycznie pozbawionym wyszukanych zwrotów. Uwadze czytelnika nie umknie też obecność marek handlowych. Daleki od ignorowania rzeczywistość konsumpcyjnej, Houelleebecq nie waha się bowiem wykorzystywać nazw komercyjnych – takich jak Betadine Scrub, Halcion ou Volvic – celem oddania banalności dnia codziennego.  Inne elementy stylistyczne podkreślają zwątpienie w możliwość tworzenia poezji lirycznej. Twórca nie tylko ucieka się do wiersza białego; jego strofy rymowane – w których „Calliphora” [marka produktu] zestawiona jest z „pas” [nie], „filles” [dziewczyny] z « brillent » [blyszczec] et „skaï” [skaj] z „Kookaï”  –  charakteryzują się mało subtelną a wręcz banalną techniką. „Ukształtowanie ostatniego brzegu” powątpiewa wreszcie w wartość języka francuskiego, biorąc pod uwagę fakt, że tu i tam słowa, wersy, a nawet całe zwrotki napisane są w języku angielskim. Co jest przyczyną tej osobliwej stylistyki?

Zdaje się, że niepoetyckość Houellebecqowskiej poezji jest znakiem naszej epoki, w której aspekt pragmatyczny zawładnął wymiarem estetycznym tak bardzo, że tworzenie poezji w dawnym tego słowa znaczeniu stało się absurdem. Należy sobie w związku z tym zadać następujące pytanie : czy w naszym postmodernistycznym świecie bez solidnych podstaw moralno-estetycznych poezja może rzeczywiście pozostać liryczna?

 Tekst: Paweł Hładki, Rysunek: Agata Sierzchuła

Advertisements
9 October 2012

Manuela Gretkowska “Trans” (fragment)

*** Niniejszy tekst i jego francuskie tłumaczenie opublikowane zostały dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki i tłumaczki Isabelle Jannès-Kalinowski.

Chłodne lato tego roku zaczynało się na różne sposoby. Do Polski przyjechał papież. W białej szacie, niczym najważniejszy szaman katolicyzmu, podniósł, podnosił ręce, błogosławiąc. I rozwarły się niebiosa. Lunął deszcz tysiąclecia. Zalało południe kraju, tonął Wrocław. Plaża, gdzie chroniłam się w grajdole osłonięta od wiatru, wydawała się ostatnim skrawkiem lądu między nacierającą falą powodzi a morzem. Otoczona przez wodę miałam alibi na czekanie na gorsze. Nie upokarzałam się powrotem Laskiego.

W wynajętym wakacyjnie domu – nowo wybudowanej betonowej willi, zajmowałam parter, za górę płaciła Ita. Znalazła tę kwaterkę, zostawiła bagaże i wróciła do Berlina. Dzwoniła codziennie, że już się zbiera, tylko musi coś załatwić w szkole. Wydzwaniała wieczorami głosem zataczającym się od rzewności. Laski też nocami pił. Łudziłam się wtedy, że zadzwoni pijani. Może rano, gdy wytrzeźwieje, raczej z południe, albo rozwalony melancholią letniego wieczoru. Byłam wiecznie w zasięgu, na cynglu telefonu, rzadko wychodziłam z domu. On mógł telefonować, skąd chciał, miał nowość – komórkę. Dostał ją przed kręceniem filmu od meksykańsko-francuskiego producenta Ossario. Kilogramowy łom z anteną, niemal przenośna radiostacja, którą ogłuszał swoim „Spierdalaj…”.

Wyzwiska i spierdalaj usłyszałam od niego wkrótce od niego po naszej premierowej miłosnej nocy. Rano, kiedy pozbył się mnie ze swojego  paryskiego mieszkania. Prosto z łóżka weszliśmy w scenografię ckliwych  filmideł: dzielnica Saint-Germain przed świtem, ulica przy ulicy cafe de Flore. Gwiazdą byłam ja, reżyser nie mógł się ze mną rozstać. Całowaliśmy się oparci o czekającą taksówkę. Arabski kierowca cierpliwie kopcił papierosa. Jego palenie i nasze obściskiwanie miało rytm diabelskiej reanimacji. Jedno, dwa, trzy uderzenia biodrami o maskę wozu i z uchylonej szyby wydostawał się dym.

– Na, przyda się> – Laski niezręcznie włożył mi pieniądze w dekolt rozpiętej sukienki. Banknoty zsunęły się, przykleiły się do wilgotnego brzucha – Na wcześniejszy powrót.

…z Londynu, gdzie chiał mnie widzieć szemrany polski producent. Byłam nikim, więc jechałam tam po należne mi nic. I zamykające się za mną drzwi angielskich gabinetów, tanich restauracji, drzwi kiepskiego hotelu aż do tych w za ciasnej kabinie telefonicznej powrotnego promu. Trzymałam je przy sobie jak wieko starej skrzyni dryfującej nocą kanałem La Manche. Drugą ręką po ciemku szukałam szczeliny na monety. Skrzypienie rozchybotanego promu mieszało się z sygnałem telefonicznego połączenia.

– Allo? Powitalnie czułe. Laski się mnie spodziewał.

Ściszył muzykę. Nocami gasił światło, zapalał kadzidełka i puszczał na full klasyków: Haydna, Händla, Bacha.

– To ja… – przedstawiam się.

– Allo ? Allo ?

– Nie słychać ?! – sprawdzam kilka razy.

– Allo?!

Stremowana wyznaję:

– Kocham cię.

Kiedyś mu o tym powiem, kiedyś, już niedługo, gdy zapyta, czy ja też. Drę się:

– Kocham!!!

On nie słysząc mnie, krzyczy głośniej:

– Spierdalaj! Fuck off! Fou le camp, toi tu pauvre con! Rozpierdolę cię! Na miazgę!

Foto : Flash Press Media,Tankred Strzelczyk

31 May 2012

“Jan Karski” raz jeszcze!

„Kto poświadczy za świadka?” To wolne tłumaczenie zdania autorstwa Paula Celana, zacytowane na początku powieści Jan Karski (2010)[1] mogłoby posłużyć za tytuł medialnej burzy spowodowanej francuskim wydaniem tej książki poświęconej życiu legendarnego działacza polskiego ruchu oporu. Rozmiar konfliktu między autorem tekstu – Yannickiem Haenelem – a Claudem Lanzmannem – reżyserem filmu dokumentalnego Shoah (1985), który jako jeden z pierwszych przeprowadził wywiad z Janem Karskim – wykazuje, w jakim stopniu związki powieści i historii mogą okazać się niebezpieczne. W artykule opublikowanym pod koniec stycznia 2010 w czasopiśmie Marianne, Lanzmann oskarża Yannicka Haenela o fałszowanie Historii i nazywa jego tekst „błędną powieścią”. Ten ostatni nie zawaha się zresztą podnieść rękawicy rzuconej przez znanego reżysera, zarzucając mu na łamach dziennika Le Monde  przestarzałe rozumienie literatury[2]. Afera Jan Karski daleka od bycia nieznaczącym sporem między dwoma koncepcjami artystycznymi przez długie miesiące pasjonować będzie życie literackie we Francji, aktualizując odwieczne pytanie o granice fikcji literackiej w posługiwaniu się faktami i postaciami historycznymi.

Powieściopisarz zainspirował się życiem wielkiego świadka Holokaustu, który, po niezapomnianej wizycie w warszawskim getcie, podejmuje się poinformowania amerykańskiego rządu o nazistowskim ludobójstwie celem nakłonienia aliantów do interwencji w Polsce. Po klęsce swojego przedsięwzięcia relacjonuje on swoje doświadczenia wojenne w książce opublikowanej w 1944 r., poświęconej głównie opisowi funkcjonowania polskiego państwa podziemnego (Story of a Secret State). Spełniwszy obowiązek świadka historii, Karski wiedzie spokojne życie waszyngtońskiego wykładowcy i unika przez prawie trzydzieści pięć lat jakiegokolwiek wystąpienia publicznego dotyczącego jego wspomnień, udzielając jedynie nielicznych  wywiadów – między innymi dla Clauda Lanzmanna – dopiero od końca lat siedemdziesiątych. Zgodnie z duchem swoich czasów Yannick Haenel usiłuje zebrać brakujący puzzle historii poprzez ponowne oddanie głosu tej postaci, wyjaśnienie przyczyny jego długiego milczenia i zaprezentowanie punkt widzenia, który stanowiłby przeciwwagę do imagu tego znamienitego działacza ruchu oporu przedstawionego w filmie dokumentalnym Shoah. Inny niemniej ważny zamysł towarzyszyć będzie projektowi powieściopisarza: opisując trudny los swojego bohatera, stawia on sobie za cel polepszenie wizerunku Polski – kraju często uważanego za antysemicki – eksponując Polaka, który, daleki od bycia obojętnym na los Żydów, zabiega o ich ocalenie u aliantów – de facto głuchych, wedle koncepcji powieści, na przekaz naocznego świadka Holocaustu.

Na tytuł książki autor obrał imię i nazwisko Jana Karskiego, które figuruje na okładce obok jego własnego nazwiska i terminu rodzajowego – powieść. Przy pierwszym zetknięciu zestawienie tych trzech elementów może doprowadzić do zakłopotania, rodząc pytanie o właściwy podmiot dyskursu. Tytuł ten przeczy ponadto konwencjom literackim – umieszczenie nazwiska postaci historycznej w tytule zarezerwowane jest zwykle dla biografii.

Yannick Haenel raczy ponadto czytelnika powieścią naznaczoną oryginalnością technik narracyjnych. Polegają one na zrelacjonowaniu w dwóch pierwszych rozdziałach informacji dotyczących życia Jana Karskiego znanych dzięki jego wystąpieniu w filmie Shoah, jak również jego sprawozdaniu z 1944 o funkcjonowaniu polskiego państwa podziemnego podczas drugiej wojny światowej. Powieść Yannicka Haenela rozpoczyna bowiem komentarz do wywiadu z tym wielkim obserwatorem wydarzeń historycznych w filmie Shoah (1985). Następuje streszczenie Story of Secret State (znane w Polsce pod tytułem Tajne państwo: opowieść o polskim Podziemiu) zaprezentowane w rozdziale drugim. Będąca monologiem wewnętrznym, ostatnia zredagowana w pierwszej osobie część stanowi czysty produkt wyobraźni autora: ma ona stanowić kontynuację historii tytułowego bohatera. Swojego rodzaju ostrzeżenie umieszczone na początku książki wyraźnie precyzuje zastosowanie fikcji i dokumentu w kolejnych częściach powieści: „trzeci rozdział jest fikcją […] sceny, zdania i myśli przypisywane Janowi Karskiemu są częścią twórczości literackiej”[3], ostrzega Haenel. Pisarz uzasadnia swój zabieg narracyjny „imperatywem etycznym”, który – aby móc przemawiać w imieniu Karskiego – zobligował go do uprzedniego nakreślenia dwóch głównych wystąpień tej postaci :

“Żeby ośmielić się zbliżyć do „pierwszej osoby”, do sekretu jego milczenia [Jana Karskiego], trzeba było najpierw wysłuchać tego, co powiedział w filmie Shoah, potem przedstawić, w jaki sposób on sam opowiedział swoje perypetie. Życie Karskiego rozpościera się na trzech płaszczyznach: słów, pisarstwa, milczenia. Stąd też trzy części książki.”[4]

Należy zauważyć również, że „poświadczanie za świadka”, chęć przeniknięcia psychiki postaci rzeczywistej i dowolne posługiwanie się faktami historycznymi stanowi kolejny etap zawłaszczania rzeczywistości przez fikcję. Ten nowy prąd może z pewnością wywoływać sprzeciw – zwłaszcza kiedy twórcy pozwalają sobie na fikcjonalizację Holocaustu – nietykalną a wręcz świętą część historii ludzkości. Jednakże należąca do kategorii wyobraźni literatura nigdy nie pretendowała do zastąpienia nauk ścisłych. Żadna krytyka nie będzie zatem w stanie zmusić ją do opowiadania historii stricte prawdziwych, bądź też do wyrzeknięcia się tradycji odwoływań do wyobraźni twórczej. Odpowiedź na pytanie zadane na początku tego artykułu – kto ma prawo poświadczać za świadka? – zależy zatem od oczekiwań czytelników w stosunku do historycznych relacji świadków: powinny być one bezwarunkowo zgodne z prawdą – praktycznie przypominając materiał dydaktyczny –  czy przeciwnie dowolnie inspirować się historią celem wytworzenia literackiej opowieści bez żadnych innych roszczeń poza podobaniem się swoim odbiorcom?


[1] Y. Haenel, Jan Karski (2009), Warszawa, Wydawnictwo Literackie, 2010.

[2] Y. Haenel, « Le recours à la fiction n’est pas seulement un droit, il est nécessaire », Le Monde, 26.01.2010, p. 18.

[3] Y. Haenel, Jan Karski, Paris, Éditions Gallimard, coll. L’Infini, 2009. s. 9, moje tłumaczenie.

[4] Wywiad udzielony Chloé Brendlé w czasopiśmie Le Magazine Littéraire, http://www.magazine-litteraire.com/content/club-lectures/article.html?id=14197.

TEKST: Paweł Hładki 

25 May 2012

Autorzy francuscy o Polsce: Yannick Haenel “Koło” (fragment)

WARSZAWA***

Wsiedliśmy do tramwaju. Przejeżdżaliśmy przez Wisłę. Na środku mostu ogarnął mnie spazmatyczny śmiech. Absurdalna radość z bycia tutaj – pośród niczego. Przypomniałem sobie dobrze znane zdanie: „W Polsce, czyli nigdzie.” No właśnie, w końcu byłem nigdzie. Rok temu przyjechał pociąg, do którego nie wsiadłem; potem – kilka miesięcy temu – wsiadłem do innego w kierunku Berlina. I ciągle jechałem dalej na Wschód, podróżując w stronę nicości. Powiedziałem o tym Lolkowi: „Podróż w kierunku nicości”. Wybuchł śmiechem. Z egzaltowaną miną wskazywał przechodniów. „Widziałeś?”- przyłożył do ust mały niebieski typowy dla astmatyków inhalator.

Warszawa wynurzała się wzdłuż linii tramwajowej ogromnych rozmiarów stalowymi alejami, wielkimi peerelowskimi budynkami obłożonymi bilbordami, starą smutną szarością i nałożonymi na tę szarości wrzaskliwymi sloganami zglobalizowanych metropolii.  Wysiedliśmy na przystanku Muzeum Narodowe tuż przed dawnym budynkiem Komitetu Centralnego PZPR: „kiedyś nazywaliśmy go dla żartu Białym Domem”, powiedział Lolek. Był wyraźnie zadowolony, że znowu znalazł się w swoim mieście. Kochał je tyleż samo, co nie znosił. Jak mawiał, po stokroć zniszczona przez hitlerowców i Rosjan Warszawa, niszczona była teraz przez kapitał. Kiedy wymawiał słowo kapitał, śmiejąc się dodał: „Pisane przez K” – jak Destruktion? – zapytałem.

Szliśmy Nowym Światem. Znów mieliśmy ochotę napić się piwa. Weszliśmy do pierwszego lepszego baru, był nim Sturbucks Coffee. Tak, byliśmy nigdzie, pomyślałem – nigdzie i wszędzie: w Nowym Jorku, Szanghaju, Paryżu, Berlinie – ta sama wrzaskliwa scenografia spustoszenia naklejona na pustkę. Według Lolka przejście z komunizmu na kapitalizm nie przyniosło żadnej zmiany – władza zmieniła formę, pozostając jednak taką samą; władza zawsze dąży do umocnienia się, powiedział.  Prawidłowością władzy – mówił dalej Lolek – jest szukanie sposobów poszerzenia władzy: kiedy zaś kapitalizm okazał się być lepszym sposobem na sprawowanie rządów, wówczas komunizm przeistoczył się w kapitalizm. Zamówiliśmy po piwie i wznieśliśmy toast za Polskę. Chodziliśmy od baru do baru, bo Lolek chciał pokazać mi swoje miasto i uczcić nasze przybycie do Warszawy. Na Świętokrzyskiej był rząd odnowionych kawiarni jednakowo polakierowanych na złoto-czarno niczym amerykańskie firmy; dalej niespodziewanie wspaniałe wewnętrzne podwórza z odrapanymi murami, balkony o barokowych pleceniach wychodzące na śmietniki. Jakaś aleja – Marszałkowska – całkowicie złożona z butików prêt-à-porter o wystawnych witrynach, gigantycznych MacDonaldów i rozmiarów galerii handlowej sklepów jubilerskich. Dalej na ulicy po prawej usypane z gruzu schody prowadzące do nikąd, kamienne płyty powywracane pośród zwalisk, zardzewiała tabliczka zagubiona wśród traw. Drzewa, parki, chodniki, wszystko zdawało się być rozdarte między światem biedy i nowej zarozumiałości.

*** Niniejszy tekst jest tłumaczeniem fragmentu powieści Yanicka Haenela “Koło” [Cercle], Paris, Gallimard, 2007, s. 419-420.

Tłumaczenie: Paweł Hładki Ilustracja: Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła  /  

12 April 2012

Polskość kontra europejskość oczami Doroty Masłowskiej

Unia Europejska. Dwa słowa. Dwadzieścia siedem krajów. Wielość narodów. Niezliczone konotacje. Każde państwo posiada bowiem swoiste cechy społecznopolityczne, Wspólnota Europejska nie mogłaby zatem ucieleśniać tej samej koncepcji dla wszystkich mieszkańców Starego Kontynentu. Będąca zwierciadłem opinii publicznej, twórczość literacka od zawsze stanowiła doskonały barometr społecznych odczuć, co stanowi prawdę bezspornie znajdująca swoje zastosowanie w najnowszej literaturze polskiej. Użytecznym jest więc omówienie dorobku jednej z najważniejszych autorek młodego pokolenia pisarzy polskich – Doroty Masłowskiej (ur. 1983 r.) celem zdefiniowania, w jakiej mierze wejście Polski do Unii Europejskiej przesiąkło literackie struktury i sprecyzowania, w jaki sposób ta organizacja polityczna przedstawiona została przez tę znaną powieściopisarkę.

Nazywana niejednokrotnie polską Françoise Sagan, Masłowska wydała pierwszą powieść pt. Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną jeszcze przed swoją maturą. Tekst odniósł porażający sukces nie tylko wśród krytyków, ale i czytelników, otwierając jej drogę do wspaniałej kariery ukoronowanej wkrótce przez najbardziej prestiżową polską nagrodę literacką – Nike[1]. Nie cofając się przed trudnymi tematami, dzieło Masłowskiej nie waha się zmierzyć między innymi z krytyką dzisiejszego społeczeństwa, zarysowując oryginalny portret narodu, który w obliczu ważnych zmian politycznych dąży do zredefiniowania swojego miejsca w świecie, rewidując tym samym stosunek do własnej tożsamości. Wstąpienie Polski do Unii Europejskiej jest zapewne do tego dodatkowym przyczynkiem.

Lektura dzieła Masłowskiej skłania ponadto do następującego wniosku: pochodzenie danej jednostki umieszcza ją na jednym z wielu szczebli hierarchii społecznej. Otóż według tej poczytnej autorki narodowość okazuje się być ważną cechą o zabarwieniu waloryzującym, bądź też przeciwnie pejoratywnym. To dość szczególne użycie przymiotników narodowościowych znajduje swoje zastosowanie już od pierwszego utworu autorki, Wojny polsko-ruskiej, w którym to Masłowska posługuje się słowem „ruski” do określenia rzeczy marnych, wrogich i godnych pogardy. Jej kolejna książka, znacząco zatytułowana Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), pochodzenie rumuńskie wykorzystuje do konstrukcji idei ludzkiego ostracyzmu. Jedna z postaci wypowiada tu słowa o jakże głębokim znaczeniu:  „nie jesteśmy studentami, jesteśmy Rumunami mówiącymi po polsku, lesbijkami, pedałami, Żydami, pracujemy w agencji reklamowej.”[2]

Na jakim szczeblu tej międzynarodowej drabiny plasują się zatem rodacy powieściopisarki? Okazuje się, że w perspektywie tej ostatniej, dalecy są oni od zajmowania uprzywilejowanej pozycji. W pierwszej powieści Masłowskiej narodowość polska wywołuje co prawda jeszcze pozytywne skojarzenia skonstruowane poprzez opozycję między Polską jako wspólnotą społecznokulturową a niechcianą obecnością obcych naznaczoną za sprawą zagranicznych przemytników papierosów, ale koncepcja ta ulega diametralnej zmianie wraz z opublikowaną cztery lata później powieścią zatytułowaną Paw królowej. Splamiony widmem bezrobocia, przemocy i biedy, ojczysty kraj zmusza do zadania sobie natury ontologicznej pytań, zupełnie obcych uczuciom patriotycznym. To postawione przez Stanisława Retro stanowi ich emblematyczny przykład:

dlaczego w Polsce a nie w Szwecji urodził się, miałby teraz na imię Hamsun, miałby czystą żonę Britte a na imię Alfred, w jasnej czystej Szwecji urodziłby się, miałby jasne krowy i konie uczciwe.[3]

Wstąpienie Polski do struktur europejskich – data stanowiąca cezurę z punktu widzenia politycznego, społecznego i kulturowego – obiecuje natomiast nowy start i daje wiele, dotychczas niepojętych, możliwości. Wydarzenie to pociąga za sobą przede wszystkim napływ olbrzymich kapitałów, które według artystycznej – jakkolwiek hiperbolicznej – wizji Masłowskiej sfinansować miałyby nawet piosenkę stanowiącą przedmiot powieści Paw królowej: „Piosenka ta powstała za pieniądze z Unii Europejskiej. Można ją przeczytać za pomocą liter zawartych w alfabecie”[4], nie przestaje powtarzać z maniakalnym uporem narratorka.

Inny niemniej znaczący fakt: polityczno-ekonomiczna wspólnota dwudziestu siedmiu państw znacznie wpłynąć miałaby na tożsamość Polaków. Mogą oni przecież od tego momentu wybrać strukturę państwową, z którą woleliby się utożsamiać. To właśnie między innymi o tej nowej perspektywie – wyraźnym źródle międzypokoleniowych konfliktów – traktuje najnowsza sztuka Masłowskiej Między nami dobrze jest.  Wychowani w kulcie Zachodu, kosmopolityzmu i kultury pop, młodzi Polacy zdają się nie rozumieć sensu tak bardzo drogiego dla starszych roczników poczucia patriotyzmu. W przeciwieństwie do tych ostatnich – przenikniętych narodową dumą a wręcz szowinizmem – młodzież polska rezolutnie ośmiela się zanegować swoją polskość: „[…] z jednej strony nie jestem nikim, ale z drugiej na przykład nie jestem Polką”[5], nie omieszka skonstatować pewna żeńska postać ostatniego dramatu popularnej autorki. Próba ucieczki od tej wyraźnie ciążącej tożsamości skłania nawet młodych Polaków do stwierdzenia, że to dzięki nauce zawdzięczają oni władanie ojczystym językiem! „Cóż mogłam zrobić, chcą nie chcąc, nauczyłam się polskiego i mówię teraz całkowicie bez akcentu, a jednak znaczenia niektórych wielosylabowych słów do teraz nie mogę zapamiętać, co nie przeszkadza mi ich wypowiadać”[6], oświadcza Monika. „ […] Polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały mi po polskiej sprzątaczce”[7], ośmiela się z kolei twierdzić Mała Metalowa Dziewczynka.

Dla tej pozbawionej wszelkich tradycyjnych wartości młodzieży Unia Europejska zdaje się zatem stanowić szansę na wyzbycie się tej wyraźnie wstydliwej tożsamości. Skoro bycie Polakiem równoważy pewnemu rodzajowi patologii [sic], decydują się oni zostać Europejczykami, głośno i wyraźnie wykrzykując : „Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko Europejczykami, normalnymi ludźmi!”[8]


[1] Masłowska otrzymała tę nagrodę za powieść Paw Królowej.

[2] D. Masłowska, Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), in: Dwa dramaty zebrane,Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010, s.  43.

[3] D. Masłowska, Paw królowej, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2005, s. 25.

[4] Ibid., s. 67.

[5] D. Masłowska, Między nami dobrze jest (2008), in: Dwa dramaty zebrane, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010, s. 107-108.

[6] Ibid., s. 108.

[7] Ibid., s. 115.

[8] Ibid.

Bibliografia: 

Masłowska, Dorota, Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2002.

Masłowska, Dorota, Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006), in: Dwa dramaty zebrane,Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010.

Masłowska, Dorota, Paw królowej, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2005.

Masłowska, Dorota, Między nami dobrze jest (2008), in: Dwa dramaty zebrane, Warszawa, Lampa i Iskra Boża, 2010.

Tekst: Paweł Hładki Ilustracja: Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

17 February 2012

O “Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqa.

Houellebecq [czytaj: łelbek]? „Zdaje się, że to dobry autor. Jest przyjemny w czytaniu i ma całkiem słuszną wizję społeczeństwa.” Tymi słowami podsumowuje twórczość Houllebecqa jedna z jego powieściowych postaci w najnowszej książce autora zatytułowanej „Mapa i terytorium”, od niedawna dostępnej na polskim rynku wydawniczym.

Ten bodajże najbardziej znany żyjący francuski autor popularność zdobył za sprawą swoich kontrowersyjnych powieści, którym drogę otworzyła historia skrajnie pesymistycznego bohatera, bez ogródek krytykującego mechanizmy współczesnego świata, zatytułowana „Poszerzenie pola walki”. Przedstawioną tu tezę o binarnej hierarchizacji ludzkości, rządzonej przez seksualność i pieniądz, kontynuować będzie kolejna książka pisarza na trwałe wpisująca go w poczet najbardziej wpływowych współczesnych twórców – Cząstki elementarne (1998).

Fabuła powieści opowiada losy dwóch diametralnie różnych braci – Michela i Bruno. Pierwszy, niezdolny do głębszych uczuć czy miłości, przed niezrozumiałymi meandrami ludzkiej psychiki chroni się w naukowych eksperymentach, które doprowadzą do wynalazku nowego gatunku człowieka uwolnionego od zmory duchowości i seksualności. Drugi obłędnie owładnięty seksualnymi fantazjami, za cenę zezwierzęcenia, rozpadu swojego małżeństwa, utraty pracy i własnej reputacji, niestrudzenie dąży do zaspokojenia nadzwyczaj rozwiniętego libido.

Rozgrywającą się na tle społecznych procesów ewolucyjnych, zapoczątkowanych obyczajową rewolucją z maja 1968 roku, powieść Houellebecqa jest oryginalną rozprawą o stanie współczesnej cywilizacji i najbardziej frasobliwych bolączkach Zachodu, który – wedle wizji autora – uratować może jedynie skrajnie radykalne posunięcie. Całość opatrzona niepowtarzalnym stylem – liczącym sobie nota bene tyleż samo zwolenników co przeciwników – zestawiającym ze sobą wulgaryzmy i patetyczność, prozę z poezją, wyszukane słownictwo naukowe z potocznym, stanowi o oryginalności Houellebecqowskiego dzieła, które zdaje się być pozycją obowiązkową dla każdego amatora najnowszej literatury nie tylko francuskiej ale i powszechnej.

Tekst : Paweł Hładki Rysunek : Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

10 February 2012

Chwila zadumy nad losem Szymborskiej*

Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy,
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.[1]

******

Kulturalny świadek złożył w czwartek ostatni hołd wielkiej polskiej poetce –Wisławie Szymborskiej – autorce ponad dwudziestu tomików wierszy, laureatce niezliczonych nagród literackich – w tym Nobla w 1996 roku – a dla wielu czytelników po prostu tej, która skutecznie zachęciła ich do zagłębienia się w nierzadko skomplikowane arkany utworów poetyckich.

Urodzona w Prowencie (dziś Kornik), Szymborska zadebiutowała tomikiem Dlaczego żyjemy, który oprócz wierszy stawiających sobie tytułowe pytanie zawiera kontrowersyjne utwory napisane na cześć Lenina, a także socjalistycznej młodzieży zaangażowanej w budowę Nowej Huty, robotniczego miasta zaprojektowanego zgodnie ze stalinowskimi kanonami urbanistycznymi, włączonego następnie w administracyjne granice Krakowa. Dalekie od splamienia wyśmienitego dorobku artystki, owe politycznie zaangażowane wiersze świadczą dziś o trudnym okresie, w którym, chcący wydać swoją twórczość poeci, musieli niejednokrotnie umieszczać przychylne ówczesnej władzy utwory. Toteż niekorzystne opinie wygłaszane po śmierci poetki przez niektórych polskich polityków konserwatywnej prawicy zarzucających poetce brak patriotycznego charakteru jej wierszy nijak nie umniejszają niezrównanej wartości literackiej dzieła Szymborskiej.

Inne tomiki – takie jak Pytania zadawane sobie (1954), Sól (1962), Wielka liczba (1976), Koniec i początek (1993) i Chwila (2002) – potwierdzają geniusz poetki i wpisują ją w grono najważniejszych polskich twórców wszechczasów.  Natury ontologicznej, socjologicznej a nawet czasami trywialnej, wiersze Szymborskiej podejmują wielość tematów, które ubrane w dość charakterystyczną formę tak rzadką dla tego gatunku literackiego stanowią zapewne główny atut jej dzieła. Zadziwiająca asceza stylistyczna twórczości Szymborskiej, wplatająca się doskonale w prostotę a wręcz rzekomą naiwność jej myśli, uderza z tym większą siłą, kiedy czytelnik obejmuje tekstualny przekaz artystki.

Ale oddajmy w końcu głos Szymborskiej i jej wspaniałej poezji w interpretacji Zbigniewa Zamachowskiego :

*****

Miłość od pierwszego wejrzenia

Oboje są przekonani,
że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność,
ale niepewność jest piękniejsza.

Sądzą, że skoro nie
znali się wcześniej,
nic miedzy nimi nigdy się nie działo.
A co na to ulice, schody, korytarze,
na których mogli się od dawna mijać?

Chciałabym ich zapytać,
czy nie pamietają –
może w drzwiach obrotowych
kiedyś twarzą w twarz?
jakieś ,,przepraszam” w ścisku?
głos ,,pomyłka” w słuchawce?
– ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamietają.

Bardzo by ich zdziwiło,
że od dłuższego już czasu
bawił się nimi przypadek.

Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los,
zbliżał ich i oddalał,
zabiegał im droge
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.

Były znaki, sygnały,
cóż z tego, że nieczytelne.
Może trzy lata temu
albo w zeszły wtorek
pewien listek przefrunął
z ramienia na ramię?
Było coś zgubionego i podniesionego.
Kto wie, czy już nie piłka
w zaroślach dzieciństwa?

Były klamki i dzwonki,
na których zawczasu
dotyk kladł się na dotyk.
Walizki obok siebie w przechowalni.
Był może pewnej nocy jednakowy sen,
natychmiast po zbudzeniu zamazany.

Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.


[1] W. Szymborska, Nagrobek, in : Sól, 1962.

Niniejszy tekst jest wolnym tłumaczeniem znajdującego się obok artykułu adresowanego do francuskojęzycznych odbiorców.

Tłumaczenie : Paweł Hładki

3 February 2012

Ten, któremu wszystko zawdzięczam.

Nasza strona internetowa jest co prawda poświęcona głównie literaturze francuskiej i polskiej, niemniej jednak ukazanie się najnowszej powieści Michaela Cunninghama zdaje się stanowić wystarczający powód do odstąpienia od tej reguły.

To właśnie dzięki Michaelowi Cunninghamowi i jego powieści o czteroosobowej narracji  Dom na krańcu świata – doskonale splatającej fabułę z wnikliwie nakreślonymi portretami psychologicznymi postaci – zacząłem, po wielu nużących latach co poniektórymi lekturami szkolnymi, na dobre pasjonować się literaturą, ze zdziwieniem stwierdzając pewnego dnia, że „niebezpiecznym jest życie bez czytania”*.

Ten urodzony w 1952 roku amerykańskiego pochodzenia autor zdobył międzynarodową popularność głównie dzięki bestsellerowej powieści Godziny (Pulitzer 1999), wzmożoną poprzez jej bardzo udaną ekranizację w reżyserii Stephena Daldry, gdzie w rolach głównych zagrały : Meryl Streep, Julianne Moore i Nicole Kimdman (Oscar za najlepsza rolę kobiecą 2002). Szósta z kolei powieść tego poczytnego pisarza, Nim zapadnie noc właśnie ukazała się na rynku wydawniczym we Francji i w Polsce.

Małżeństwo z ponad dwudziestoletnim stażem – Peter, pracownik galerii, i Rebecca, wydawca magazynu artystycznego – wiedzie spokojne życie na Manhattanie. Tę niczym nienaruszoną egzystencję, odmierzaną rytmem pracy, kulturalnych eventów i nieczęstymi telefonami od niedawna zamieszkałej w Bostonie córki, zaburza nieoczekiwany przyjazd młodego brata Rebecci o znaczącym przezwisku Mizzy („pomyłka”). Od pewnego czasu borykający się z narkotycznym uzależnieniem, o androginicznym wyglądzie młody mężczyzna wprowadza bowiem w monotonie codzienności nowojorskiej pary powiew destabilizacji, który znacząco zachwieje solidną – zdawałoby się – strukturą ich związku, zdołając naruszyć zresztą jego fundamenty. Obecność Mizziego doprowadzi ponadto wzorowego małżonka i ojca do zakwestionowania jego dotychczasowego życia.

Być może to właśnie tęsknota za młodością skłoni Petera do kroków, o których podjęcie nigdy by się nie podejrzewał. Być może to raczej pociąg za utraconą z wiekiem beztroską znacząco wpłynie na jego zachowanie. Być może to dotąd niewyznane skłonności doprowadzą czterdziestotrzyletniego pracownika galerii do całkowitego zatracenia rozumu.

Michael Cunningham raz jeszcze napisał niezwykłą powieść, celując w konstrukcji psychologicznych portretów bohaterów, którzy, dalecy od bycia jedynie zwykłymi postaciami z papieru, żyją w pamięci czytelnika  nawet po przeczytaniu ostatniego zdania książki. Z demiurgicznym talentem powieściopisarz tchnął bowiem w ich nozdrze cień życia przekształcając je w żyjące istoty.

Pozostaje jedynie zachęcić was do zapoznania się z nimi. Pozostaje jedynie zapewnić, ze będziecie oczarowani tę oto nową znajomością.

* M. Houellebecq, Plateforme, Flammarion, 2001

Tekst : Paweł Hładki

Rysunek : Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

27 January 2012

„To ciągle ja, Khady Demba”. O „Trzech silnych kobietach” Marii NDiaye.

Cieszącą się uznaniem krytyki (Nagroda Goncourt 2009) i publiczności (ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy) powieść Marii NDiaye warto przeczytać z co najmniej trzech powodów  — nowatorskiego stylu, ciekawej fabuły i niebanalnego przesłania.

Ta francusko-senegalskiego pochodzenia pisarka zdołała zawładnąć sercami dużej rzeszy czytelników nie tylko dzięki porywającym historiom, ale także niezwykłej atmosferze swojej prozy uzyskanej za pomocą zabiegu realizmu magicznego. Jej najnowsza powieść – jak wskazuje na to już sam tytuł –  traktuje o trzech silnych kobietach.

Nora, Fanta i Khady Demba silne są na wiele sposobów, a ich siła niekoniecznie oznacza odporność psychiczną. Nora po latach rozłąki zmierzyć się musi z autorytarnym, skrajnie mizoginicznym ojcem i rodzinną tajemnicą, która zaskoczy najbardziej przewidującego czytelnika. Fanta, niegdyś nauczycielka języka francuskiego w Dakarze, od kilku lat mieszkająca we Francji, w powieści Marii NDiaye występuje pośrednio – jej obecność naznaczona jest bowiem jedynie przez opowieść jej męża, nieustannie wyrzucającego sobie niemożność zapewnienia jej godziwych warunków życia w Europie.

Osobiście najbardziej uwiodły mnie losy Khady Demby – bezdzietnej kobiety, której po śmierci męża przychodzi znieść ogrom różnorakich upokorzeń. Niezależnie od okoliczności Khady zachowuje godność, nieustannie powtarzając rytmiczną, z pozoru prostą acz bogatą w przesłanie myśl  – „To ciągle ja, Khady Demba”.

Zdanie to mogłoby poniekąd stanowić motto książki NDiaye. Niezależnie od okoliczności pozostań wierna własnym ideałom, nigdy nie trać nadziei i bez względu na wszystko miej odwagę spojrzeć własnemu życiu prosto w twarz!

tekst: Paweł Hładki, rysunek: Agata ‘Asabolt’ Sierzchuła

20 January 2012

„Rodzino, nienawidzę cię” w wydaniu polskim. O “Gnoju” Wojciecha Kuczoka.

***Niniejszy tekst jest wolnym i zapewne niedoskonałym tłumaczeniem znajdującego się obok artykułu adresowanego do francuskojęzycznych odbiorców.

Jeden z najważniejszych przedstawicieli najnowszej prozy polskiej, Wojciech Kuczok (ur. w 1972 r.), należy do grupy literackiej zwanej „rocznikami siedemdziesiątymi” – termin odnoszący się do twórców urodzonych właśnie w tej dekadzie. Ta znana z dość charakterystycznych opinii i stylistyki wspólnota pokoleniowa znacznie odnowiła literaturę polską, obdarowując ją bogactwem tematyki i formy.

Jak wskazuje na to sama nazwa grupy, data urodzenia pisarzy stanowi podstawę, na której opiera się jej literacka specyfika, wyraźnie naznaczająca również aspekt stylistyczny ich dzieł. Urodzeni w komunizmie, wychowani w kulcie Solidarności, kapitalizmu i Zachodu, w dorosłe życie wkraczają w momencie, gdy Polska staje się wolnym i demokratycznym krajem. Niestety nadzieje pierwszych lat po upadku komunizmu szybko przekształcają się w rozczarowanie, które doprowadza w rezultacie do zakwestionowania wszelkich wartości etycznych, politycznych, a nawet estetycznych.

Dzieła przedstawicieli „roczników siedemdziesiątych” – takich jak Michał Witkowski, Mariusz Sieniewicz czy Agnieszka Grotkiewicz – uzmysławiają bowiem, że to postkomunistyczne rozczarowanie znacznie wpływa nie tylko na tematykę, ale często także na styl pisania – w świecie, w którym żadna zasada nie jest bezsporna, „dobrze zbudowane” zdanie, słownictwo zgodne z „political correctness” zdaja się być nieaktualne.

Wojciech Kuczok daleki jest co prawda od zaprzeczenia drogim powieści klasycznej regułom, co zapewne wpisałoby go jeszcze bardziej w tendencje charakterystyczne dla jego pokolenia. Niemniej jednak to właśnie jego dzieło Gnój [tytuł francuski – Antibiographie], potępiając współczesną rodzinę polską, wywołał wiele kontrowersji i zakwestionował zasady funkcjonowania tej instytucji społecznej. Zauważmy, że problem ten, rzadko podejmowany przez polskich powieściopisarzy, został spopularyzowany za sprawą głośnego filmu Magdaleny PiekorzPręgi. Oparty na losach głównego bohatera książki film wykazał, w jaki sposób złe funkcjonowanie rodziny odbija się na psychice jednostki w dorosłym życiu.

Ale powróćmy do samej powieści. Jej polski tytuł oznacza dosłownie „gnój” rozumiany na dwa sposoby – wyzwisko oznaczające godnego pogardy człowieka, bądź też coś odrażającego, brudnego i zepsutego. Pierwszy sens dotyczy bohatera powieści, Wojtka, który, kształcony według zasad „dobrego” polskiego wychowania, boryka się z trudnym do zniesienia losem, od którego jedynie radykalne posuniecie zdoła go uwolnić. Drugie znaczenie symbolizuje rodzinę jako niezdrowe środowisko, które zdecydowanie nie służy poprawnemu rozwojowi dziecka – ostatnia scena powieści, przedstawiająca nader ekspresywny obraz, potwierdza zresztą tę interpretację. Zwróćmy uwagę, że tytuł francuski (Antibiographie – antybiografia) wyraźnie odbiega od oryginału. Możliwe, że Kuczok, zmęczony niezliczonymi pytaniami o źródło inspiracji – o zbieżność między własną rodziną a tą przedstawioną w książce – wolał uniknąć podobnych reakcji ze strony krytyki francuskiej, stąd być może ta radykalna zmiana tytułu.

Przeczytajcie koniecznie tę książkę, jeśli losy Wojtka przypominają wam wasz własny życiorys, a tym bardziej jeśli nie przypominają one jego wcale tak, że mogłyby stanowić waszą antybiografię.

Tłumaczenie: Paweł Hładki

Źródło zdjęcia: poranny.pl